czwartek, 18 sierpnia 2016

Rozdział 24


Widziałam ciemność. Gdzieś w oddali słyszałam krzyki. Czyżby ktoś mnie wołał? Nie potrafiłam stwierdzić. Wszystko mnie bolało. Od palców u nóg, po sam czubek głowy. Wydawało mi się, że gdybym chciała się poruszyć, musiałabym włożyć w to wiele siły, której miałam tak mało. Pragnęłam otworzyć oczy, by zobaczyć, co dzieje się wokół mnie, ale powieki miałam tak ciężkie, że nie byłam w stanie ich podnieść, nie ważne, ile siły w to wkładałam. Przecież to nie było trudne...
Miałam sucho w gardle. Po dłuższej chwili zaczęło mi to doskwierać. Miałam wrażenie, że mój przełyk płonie żywym ogniem. Chciałam go ugasić, ale picie hektolitrów zapewne by nie pomogło. Otworzyłam usta, żeby poinformować kogoś, o ile ktoś był w pobliżu, że chce mi się cholernie pić, ale z moich ust wydobył się dziwny charkot. Jęknęłam. Zaczerpnęłam ze świstem świeżego powietrza, po czym w płucach zatrzymałam je na jakiś czas.
Poczułam, jak czyjaś silna dłoń łapie moją i ją ściska. Moje ciało ogarnęło coś na kształt wielkiej ulgi. Uśmiechnęłam się. Przynajmniej zmusiłam usta do tego, ale jaki był efekt? Tego nie wiedziałam.
Niespodziewanie poczułam, że odpływam gdzieś daleko z miejsca, w którym się znajdowałam. „Nie!” — krzyknęłam w myślach, ale było już za późno. Nic nie słyszałam.
***
Nie mogłam oddychać. Coś usilnie ograniczyło mi jakikolwiek ruch. Otworzyłam szeroko oczy, ale szybko pożałowałam, ponieważ zapiekły mnie.
Zamknęłam je z powrotem, przykładając do powiek dłonie, których nie czułam. Przez ten ułamek sekundy zdążyłam jedynie zobaczyć rozmazany obraz.
Zaczerpnęłam haust powietrza. Niestety zamiast niego do moich płuc dostała się woda — zaczęłam rozumieć, dlaczego było mi tak zimno. Zdecydowanie przesolona. Czy to możliwe, że była aż tak słona? Zaczęłam kasłać. Na powrót otworzyłam oczy, dzielnie znosząc pieczenie, i szukałam drogi ucieczki. Krzyczałam, lecz z moich ust wydobywał się odgłos przypominający bulgot. Tępo patrzyłam na wydostające się z mych ust bąbelki. Zacisnęłam szczękę, gdy oczy zapiekły mnie jeszcze bardziej.
Nie minęła długa chwila, nim zaczęłam się dusić. Wiedziałam, że twarz mam czerwoną, o ile nie granatową. Ostatkami sił płynęłam w górę, by jak najszybciej wydostać się na zewnątrz, lecz to wszystko trwało całe wieki. Doskonale widziałam światło nade mną, ale im byłam wyżej, tym ono coraz bardziej się oddalało. Miałam ochotę wybuchnąć głośnym płaczem, który na pewno zostałby stłumiony przez wodę.
Odnosiłam wrażenie, że z płuc został mi zabrany cały zapas powietrza, przez co wyglądają one jak spuszczona piłka przypominająca jakiś flak. Skrzywiłam się na twarzy. Jeszcze nigdy nie pragnęłam niczego tak bardzo, jak wziąć jeden wdech, by nabrać tego cholernego tlenu! Przecież w otoczeniu zawsze było go tak dużo. Jak mogło go tak nagle zabraknąć? Nie chciałam umierać!
Nie miałam już sił, by płynąć dalej. Mogłam się poddać i czekać na, według mojego mniemania, koszmarną śmierć. Dlaczego nie mogła być bezbolesna? Już sama nie wiedziałam, czy wciąż płynę, czy tylko wydaje mi się, że moje nogi są wprawione w ruch. Zresztą... Było mi wszystko jedno.
Moja ręka wydostała się poza taflę wody. „Jeszcze tylko kilka centymetrów...” — myślałam. Już miałam wydostać się na zewnątrz, kiedy niespodziewanie zostałam przygnieciona przez coś ciężkiego. Nie mogłam określić, co to było. Zdążyłam jedynie zauważyć, że było to płaskie i prawdopodobnie drewniane.
Boleśnie zepchnięta w dół, w otchłań śmierci, bo tylko z tym mi się to kojarzyło, krzyknęłam. Nic nie usłyszałam oprócz dźwięku zderzenia czegoś ciężkiego z wodą, a następnie odgłosu bulgotu, wydostającego się z mych ust.
„To koniec” — zdążyłam pomyśleć.
Słyszałam czyjś głośny krzyk. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że to ja go wydaję. Zacisnęłam szczękę oraz dłonie w pięści, boleśnie wbijając paznokcie w skórę. Chciałam jakoś zniwelować pieczenie w gardle, które z każdą minutą stawało się coraz silniejsze. Czułam, jak po policzkach spływają mi łzy. „Czy ktoś to widzi?” — przemknęło mi przez myśl.
Ni stąd, ni zowąd w ramieniu poczułam ukłucie — było to nic w porównaniu z ognistym pieczeniem w przełyku. Zdezorientowana jakimś cudem otworzyłam oczy, ale ujrzałam tylko plamy. Zamrugałam, myśląc że to coś pomoże. Efekt był niezadowalający.
— Już dobrze. — Dotarł do mnie czyjś delikatny, kobiecy głos.
Wyłapałam w nim nutkę zaniepokojenia. Zaczęłam się martwić.
Otworzyłam usta, by zapytać, co się dzieje, a raczej spróbowałam, bo nagle odpłynęły ze mnie resztki sił. Byłam jak roślinka, niezdolna do poruszania się. Dochodzące do mnie głosy, których nie potrafiłam zidentyfikować, oddalały się. „Nie!” — chciałam krzyknąć.
Po chwili nic nie słyszałam. Było... ciemno. Bardzo ciemno.
***
Nie widziałam, przez co bałam się poruszyć. Siedziałam, tępo spoglądając przed siebie. Było tak ciemno, czy po prostu... byłam ślepa? Na to ostatnie zadrżałam. Nie potrafiłam wyobrazić sobie niewidomej mnie. Od zawsze byłam zdania, że lepiej jest urodzić się niewidomym, niż stracić wzrok w którymś momencie swojego życia. To mniej bolesne. Przynajmniej odnosiłam takie wrażenie. Ktoś inny mógł uważać inaczej.
— Carmen... — Usłyszałam melodyjny szept.
Zmarszczyłam czoło. Ktoś ewidentnie mnie wołał, ale nie miałam pojęcia, kto mógłby to być. W dodatku nie potrafiłam rozpoznać głosu...
„Skup się!” — nakazałam sobie w myślach.
— Carmen...
Zadrżałam. Początkowo miałam wrażenie, że głos dochodzi z mojej prawej strony, ale później byłam niemalże pewna, że z lewej. Postać najwidoczniej przemieszczała się. Czy to dobrze...?
— Nie poznajesz mnie? — zapytał dziecięcy głos.
„Oczywiście, że cię poznaję!” — cisnęło mi się na usta, ale nie mogłam wyksztusić żadnego słowa.
Przecież to była Mia. Moja siostra. Moja jedyna żyjąca rodzina... Tylko ona mi została. Nie mogłam jej stracić. Nie przeżyłabym tego. Nie przeżyłabym...
— Carmen...
W głosie Mii słyszałam podłamanie. Wiedziałam, że zaraz zacznie płakać. „Tylko nie to...” — pomyślałam. Nie mogłam do tego dopuścić. Tak bardzo nie lubiłam, jak płakała. Wtedy zawsze odnosiłam wrażenie, że to przeze mnie. Jej łkanie powodowało, że mi samej chciało się ryczeć. Tak, tego również nie znosiłam.
Wzięłam wdech, by choć trochę uspokoić się.
— Dlaczego... Dlaczego mnie nie pamiętasz? — zapytała cicho.
Załkała.
Stało się.
„Wcale o tobie nie zapomniałam!” — cisnęło mi się na usta, jednak i tych słów nie mogłam wypowiedzieć. Cholera! Co się ze mną działo?!
Wyciągnęłam przed siebie ręce, mając nadzieję, że dosięgnę ją dłońmi, ale kończyny odmówiły mi posłuszeństwa. Zdębiałam. Moje serce przyspieszyło rytm, a oddech stał się płytki i szybki.
— Carmen...
Jej głos był cichy. Oddalała się. Nie!!!
— Nie widzę cię! — Wykrzyknięcie tych słów kosztowało mnie wiele siły.
Upadłam na kolana, wyciągając jedną dłoń przed siebie, bo drugą podpierałam się.
Odgłos lekkich kroków, których wcześniej nie słyszałam, ustał. Podłoga zaskrzypiała, gdy Mia prawdopodobnie odwróciła się...
— Nie kłam — powiedziała lodowatym głosem.
Słysząc jej ton, zaniemówiłam. Nigdy nie byłam świadkiem, by odzywała się w taki sposób, a tym bardziej do mnie... To zabolało. Nawet bardzo. Mia, która zawsze była spokojną, kochającą i rozumiejącą siostrą, mimo swego młodego wieku, zachowywała się tak dziwnie. Dlaczego? Coś jej zrobiłam?
Z mojego serca został oderwany jeden, duży kawałek.
— Ale ja nie kłamię... — szepnęłam, powstrzymując łzy.
Nie mogłam jej okłamać i doskonale o tym wiedziała. Zawsze — no prawie, bo czasami w poważnych sytuacjach robiłam wyjątki — byłam wobec niej szczera. Tak w ogóle to nie mogłabym skłamać w tak istotnej sytuacji, szczególnie że nie miałam prawa pozwolić sobie na to, by mnie znienawidziła przez tak błahą rzecz. To byłoby niepodobne nawet do mnie.
— Łżesz — wypowiedziała zimno.
Zachłysnęłam się powietrzem. „Nie uwierzyła mi. Nie uwierzyła mi. Nie uwierzyła mi! Dlaczego?! Dlaczego mi nie uwierzyła?! — krzyczałam w myślach. — Dlaczego to zrobiła?!” Uderzyłam pięścią o drewnianą podłogę. Po policzkach spłynęły mi łzy, kiedy usłyszałam coraz cichsze kroki.
— Mia, ja nie kłamię! Dlaczego mi nie wierzysz?!
Brak odpowiedzi.
— Mia!
Uderzałam o podłogę z jeszcze większą siłą, by wyładować złość i cały żal, jaki miałam w sobie. Gdybym się postarała, mogłabym zrobić w niej wielką dziurę. Zacisnęłam szczękę tak mocno, że mnie rozbolała. Tłumiłam szloch.
— Mia! — wydarłam się na całe gardło, choć doskonale wiedziałam, że mnie nie słyszy.
Jakaś siła zmusiła mnie, by stanąć na nogi. Pobiegłam przed siebie, przez co zaliczyłam bliskie spotkanie ze ścianą. Złapałam się za obolałe czoło i przede wszystkim za nos. Siłą woli powstrzymałam się przed krzyknięciem spowodowanym bólem. Zagryzłam język tak mocno, że poleciała z niego krew. Wykrzywiłam usta w grymasie. Wciąż nic nie widziałam. Macałam po płaskiej powierzchni, w poszukiwaniu wielkiej pustki, którą nie było nic innego, jak właśnie drzwi. Drzwi, dzięki którymi mogłam dostać się do siostry.
Nie było nic.
„Kłamiesz. Kłamiesz. Kłamiesz...” Słowa te wciąż odbijały się w mojej głowie niczym echo. Krzyknęłam. Później jeszcze raz, lecz głośniej. Nie wiedziałam dlaczego, ale zaczęłam uderzać głową o ścianę. Nie lekko, ale mocno. Nie mogłam przestać, mimo że bardzo chciałam. Na ustach wciąż miałam imię swojej siostry, a ból rozsadzał mi czaszę. Nawet wtedy nie mogłam powstrzymać się przed robieniem sobie krzywdy. Cholernie bolało. Z każdym uderzeniem coraz bardziej. Dosłownie jakby ktoś mnie do tego zmuszał.
— Mia... Nie zostawiaj mnie... — załkałam.
Zacisnęłam mocno powieki. „Nie mogła mnie zostawić. Ona by tego nie zrobiła.” — powtarzałam w myślach.
— Już dobrze. — Przy uchu usłyszałam męski głos.
— Nic nie jest dobrze! — krzyknęłam.
Otworzyłam szeroko oczy, a następnie z pięściami rzuciłam się nad pochylającym nade mną chłopakiem.
Nie rozpoznawałam go. Dałabym sobie rękę uciąć, że nigdy wcześniej go nie widziałam. Jego piękne rysy twarzy w nawet drobnych szczegółach nie przypominały żadnej osoby z mojego otoczenia. Nawet charakterystyczny kolczyk w jego wardze nie wyglądał mi na znajomy.
„On chce mnie skrzywdzić” — przemknęło mi przez myśl.
Uderzyłam go z pięści w twarz. Zaskoczony cofnął się do tyłu. Doskonale widziałam na jego twarzy malujący się szok, a jednocześnie zmartwienie. To drugie na pewno było udawane.
Już miałam uderzyć go po raz kolejny, kiedy czyjeś silne ręce z powrotem przygniotły mnie do łóżka. Palce napastnika boleśnie wbijały się w moje ramiona. Nie byłabym zdziwiona, gdyby pozostały na skórze siniaki.
Zaczęłam wyrywać się, jednak w przeciwieństwie do mężczyzny — byłam w stu procentach pewna, że nie była to kobieta — byłam zdecydowanie za słaba. Krzyknęłam. Podniosłam nogę, by nią uderzyć nieznajomego, lecz chłopak, którego wcześniej zaatakowałam, szybko uniemożliwił mi to, łapiąc za kostki obu nóg.
— Jennifer! — krzyknął stojący za mną mężczyzna.
A więc był jeszcze ktoś inny.
— Zostawcie. Mnie! — wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
— Przykro mi, słonko. Nie mamy innego wyjścia. — Niedaleko odezwał się kobiecy głos. To była ta cała Jennifer.
Chwilę później poczułam ukłucie w ramieniu. To spowodowało, że przestałam się szarpać, bo odebrało mi siłę, której zabrakło mi nawet na podniesienie ręki. Zaczerpnęłam powietrza, w którym unosiły się perfumy o zapachu piżma i chyba róży. Ładnie pachniało.
Powieki momentalnie zrobiły się ciężkie. Niespokojnie poruszyłam się.
— Co mi zrobiliście? — wyszeptałam, ciężko oddychając.
— Śpij dobrze, słonko — powiedziała delikatnie i kojąco Jennifer. — Już dobrze.
— Już dobrze... — powtórzyłam nieświadomie.
Przełknęłam ślinę. Bezwładne ręce, opadające wzdłuż mojego ciała, wcisnęłam jak najbliżej pierzyny, a dłonie lekko zacisnęłam w pięści. Dopiero wtedy, gdy uspokoiłam się, dotarło do mnie, że na czole miałam kropelki potu, pozostałe przez wcześniejszy wysiłek. Wsłuchiwałam się w bicie swojego serca, które z czasem zaczęło przybierać równomierny rytm.
— Nie może tu zostać. — Do moich uszu doszedł czyjś zdecydowany ton głosu. — Trzymanie jej w tym miejscu jest zbyt niebezpieczne.
— Wiem... — powiedziała druga osoba, ale bardzo cicho.
— Kochanie... Wiem, że też to wszystko przeżywasz, ale pozostawienie jej jest ryzykowne — powiedziała delikatnie Jennifer.
— Szczególnie że już wiemy, co jej dolega — wyznał mężczyzna, którego usłyszałam na samym początku.
— A więc co zrobimy? — zapytał z nutką nadziei w głosie młody baryton.
Nie dowiedziałam się, co postanowili ze mną zrobić, ponieważ nie usłyszałam odpowiedzi, gdyż zmorzył mnie sen.
***
W szklanym pomieszczeniu panowała pustka. Przez szyby przedostawało się jasne światło dzienne. Zapewne oślepiałoby mnie, ale zdążyłam przyzwyczaić się do niego.
Za oknami widziałam jedynie iglaste drzewa. Szklane pomieszczenie znajdowało się w samym środku lasu. Miałam nadzieję, że zanim ściemni się, minie sporo czasu, ponieważ nie uśmiechało mi się siedzieć w takim miejscu samej.
W pewnym Momencie ujrzałam cień. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, że nie jest to to, co podejrzewałam na samym początku, lecz jestem to... ja?
Stojąca przede mną dziewczyna miała identyczne rysy twarzy, jak ja. Z wrażenie odebrało mi mowę. Początkowo myślałam, że to moje odbicie, lecz gdy robiłam różne ruchy, dziewczyna stała nieruchomo i uśmiechała się z dziwną satysfakcją.
Wraz z jej pojawieniem na zewnątrz zaczął padać deszcz, głośno uderzając o szklane szyby. Gdy zagrzmiało, podskoczyłam i z mocno bijącym sercem upadłam na ziemię. Wystraszona zerknęłam na dziewczynę, której uśmiech stał się niepokojąco wielki na pół twarzy. Przełknęłam ślinę.
— Kim jesteś? — zapytałam drżącym głosem.
— Lepszą wersją ciebie, kochaniutka — wyznała... druga Carmen?
Zaniemówiłam. Mogłam jedynie patrzeć na nią szeroko otwartymi oczami, niezdatna do wypowiedzenia żadnego słowa. Serce jak gdyby nigdy nic zaczęło mi bić szybciej. To chyba z nerwów. Miałam jakieś urojenia. Powtarzałam sobie w myślach, że tak było.
Popatrzyłam na swoje dłonie. Doznałam szoku, kiedy znalazło się na nich coś czerwonego. Krew?
— Tak, to krew — potwierdziła moja kopia, uważnie na mnie patrząc.
Popatrzyłam na nią. Twarz na pewno miałam bladą, nie mogło być inaczej. Serce zabiło mi szybciej, kiedy poczułam zapach rdzy. Przed oczami na moment zobaczyłam ciemne plamy. Próbowałam uspokoić oddech i bicie serca, ale było ciężko, szczególnie że wraz ze słowami dziewczyny, ponownie zagrzmiało.
— Skąd ona jest? — zdołałam wyszeptać. Nie wiedziałam, czy mnie zrozumiała, bo z mych ust wydobył się bełkot.
— Pomyśl — odpowiedziała tajemniczo.
Zerknęłam w bok. Tak się złożyło, że mój wzrok powędrował na ścianę drzew. Początkowo widziałam ciemność, czasami rozświetlaną przez błyski szalejącej na zewnątrz burzy. Z czasem zaczął formować się jakiś kształt. Nie... Kształty. Zmrużyłam oczy.
Zobaczyłam jadący na drodze samochód. W pierwszej chwili nie rozpoznawałam go. Dopiero z czasem zorientowałam się, że jest to pojazd rodziców. Serce zamarło mi, kiedy uderzył w nich tir. Szybko zamknęłam oczy. Słyszałam odgłos zderzenia. Stłumiłam krzyk dzięki przyłożonej do ust pięści. Z jękiem położyłam się na podłodze. Po policzkach spływały mi słone łzy wielkości ziaren grochu. Nie mogłam ich powstrzymać. Ba! Nawet nie próbowałam. Bezradna krzyknęłam.
— To ty odpowiadasz za ich śmierć. — Usłyszałam tuż koło ucha.
— Nieprawda! — załkałam. — To wcale nie moja wina!
— A właśnie, że twoja...
— Nie! — przerwałam jej. — Nie odpowiadam za to, że mieli wypadek! Przecież nie było mnie tam!
Już prawie zdążyłam pogodzić się z ich śmiercią. Początkowo owszem, wmawiałam sobie, że jestem winna ich śmierci, ale tak naprawdę to nie była prawda. Nie byłam w stanie zapobiec temu wszystkiemu, nawet wtedy, gdybym bardzo tego chciała. To nie była moja wina i wszyscy o tym doskonale wiedzieli.
— To twoja wina.
Te słowa wywołały u mnie falę łez. Dlaczego? Ponieważ zostały wypowiedziane przez moich rodziców.
Nie chciałam na nich spojrzeć, mimo że bardzo korciło mnie, by to zrobić.
— Nieprawda... — Załkałam.
— Wiesz, że oszukujesz samą siebie?
Zerknęłam na miejsce, w którym znajdowałam się ja. Moich rodziców nigdzie nie było. To dobrze. Nie byłabym w stanie spojrzeć na ich twarze, a tym bardziej w oczy.
Niespodziewanie w prawej dłoni mojej kopi pojawiła się siekiera. Serio? Chciała mnie zabić? I to tym czymś?
— Nie! — krzyknęłam, odsuwając się do tyłu.
Przed oczami zobaczyłam błysk. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. W następnej kolejności zapadła głucha cisza. Umarłam?
Zbudzona z kolejnego koszmaru, otworzyłam szeroko oczy. Ciężko dyszałam. Oczy miałam załzawione, a łzy spływały mi po policzkach, pozostawiając po sobie mokre ślady. Moja klatka piersiowa szybko podnosiła się i upadała, a w uszach słyszałam głośne bicie własnego serca.
Po długiej chwili leżenia zorientowałam się, że znajduję się w innym miejscu, niż poprzednio. W powietrzu unosił się zapach... drzewa.
Hejo kochani! :3
Jak podoba się ostatni rozdział pierwszej części...? Tak, dobrze przeczytaliście. Ostatni rozdział pierwszej części, która nosi nazwę ,,Początek’’. Niedawno z Marą♥ wpadłam na pomysł, by historię podzielić na części. Na obecną chwilę przewidujemy trylogię po 24 rozdziały. Druga część będzie nosiła nazwę ,,Koszmar’’, natomiast trzecia ,,Wybór’’. Oczywiście nazwy nie są przypadkowe. Każda z nich została dopasowana do wydarzeń w poszczególnej księdze :D
Wracając do rozdziału. Podejrzewam, że już wiecie, co może dziać się z Carmen, ale pewna nie jestem xD
Jak podobały się Wam sny? Przyznam szczerze, że osobiście uwielbiam je pisać. Może dlatego, że większość z nich jest raczej... dziwna (moje sny w szczególności są dziwaczne xD)?
Księga pierwsza już za nami... Teraz dopiero zacznie się dziać! :D
Kolejny rozdział prawdopodobnie będzie we wrześniu. I uwaga! Napisze go nasza Mara♥!!!! :D :D :D Taka dobra nowinka ;>
Tak więc do napisania! Pozdrawiam cieplutko! xoxo :*
PS Niedługo zostanie zmieniony szablon, który zostanie dopasowany do tematyki drugiej części :D

Maggie

8 komentarzy:

  1. Ten ostatni rozdział pierwszej części chyba trzeba traktować jak wstęp do kolejnej xD
    Właściwie prawie niczego się nie dowiedziałam z tego rozdziału, prócz tego, że Carmen chyba zmienia się w wampira? Czy coś takiego... No i te sny. Było ich ciut za wiele xD Może były potrzebne, nie wiem, pewnie wyjaśni się to później. Miejscami opisy wydały mi się przedobrzone, jakby na siłę wciśnięto tam o parę słów i wyrażeń za dużo, ale może to tylko takie odczucie :)
    Były błędy językowe i stylistyczne, ale że piszę z telefonu, niestety ich nie wskażę :)
    W takim razie czekam na kolej Mary, część drugą oraz nowy szablon i weny życzę :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Te sny mogą zapowiadać jakieś wydarzenia.
    Myślę, że Carmen może przemieniać się w wampira.

    Czekam na kolejną księgę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na początku nie wiedziałam o co chodzi, ale później się domyśliłam :D życzę dużo weny :*

    OdpowiedzUsuń
  4. swietny rozdzial, jestem strasznie ciekawa co bedzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej dlaczego nie ma kolejnych rozdziałów ? Tęsknię za nimi :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejo! :3
      Wiem, że długo nic nie było i przepraszam za to. Ogólnie to teraz jest kolej Mary. Podejrzewam że nie ma czasu, czy coś. Jeszcze dam znać co i jak :)
      Pozdrawiam cieplutko! xoxo :*

      Usuń
  6. Dzisiaj znalazłam wasz blog boski. Tylko jak przeczytałam że to ostatni rodział I księgi to się uspokoiłam. Ale od września trochę czsu minęło i zastanawiam się gdzie jest ciąg dalszy.
    ~G&G~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! :3
      Cieszę się bardzo, że blog Ci się spodobał :D Jeśli chodzi o jego dalszy los. Na pewno nie zakończy się na tym rozdziale, także bądź spokojna. Niedługo powinna pojawić się notka informacyjna w której wszystko zostanie wyjaśnione.
      Pozdrawiam cieplutko xoxo :*

      Usuń