wtorek, 12 lipca 2016

Rozdział 22


Wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze. Widziałam dziewczynę o bladej cerze z ciemnymi worami pod spuchniętymi oczami, zmartwioną miną, kosmykami włosów przylepionymi do czoła oraz dużym limem na policzku. Szczerze? Nie poznawałam siebie. Miałam wrażenie, że osoba po drugiej stronie lustra nie jest mną, lecz zupełnie inną osobą. Nawet bym w to uwierzyła, gdyby nie to, że dziewczyna wykonywała te same ruchy, co ja.
Zamknęłam oczy i ochlapałam twarz zimną wodą. To na pewien sposób przyniosło mi ukojenie. Powoli podniosłam powieki. Ostatni raz spojrzałam na swoje odbicie, po czym wytarłam twarz rękawem bluzki i wyszłam z łazienki.
Idąc korytarzem zastanawiałam się, czy natknę się na Petera. W sumie to nie chciałam tego. Nie miałam nawet najmniejszego zamiaru go oglądać, ale to było nieuniknione. Znalazłby mnie wszędzie. Chyba. Ale wiedziałam tylko jedno. Musiałam jak najszybciej znaleźć sposób na to, żeby uwolnić się od tego psychopaty, nie narażając życia Mii. W głębi serca wierzyłam, że jest taka możliwość, jednak przypominając sobie swoje porażki, traciłam wiarę już we wszystko.
Nie wiedziałam, gdzie mam się podziać. Mogłam pójść do swojego pokoju, ale co to by dało? Tam również nie zaznałabym spokoju. Czułam się bezsilna. Miałam ochotę zamknąć oczy i już nigdy ich nie otworzyć, ale na drodze stawała Mia. Dla niej musiałam być silna, ale było coraz ciężej...
Nie mogąc znaleźć swojego miejsca wróciłam do łazienki. Na początku chciałam znaleźć siostrę, ale uznałam, że na razie nie będę tego robiła, szczególnie że mnie w ogóle nie poznawała. To bolało. Obiecałam sobie, że kiedyś Peter zapłaci za wszystkie krzywdy, jakie wyrządził nie tylko mi. Oczami wyobraźni widziałam, jak wbijam mu nóż prosto w serce. Śmieję się mu prosto w twarz, a on patrzy na mnie zaskoczony. Nie... Jego wzrok będzie błagalny, kiedy ja powoli będę wbijała nóż w jego ciało, bawiąc się przy tym doskonale, a on będzie wołał o pomoc.  Będzie błagał mnie o litość. Będzie błagał, bym przestała. Będzie cierpiał jeszcze bardziej, niż jego ofiary. Będzie żałował, że się urodził. Będę nad nim górowała.
Ale na marzeniach się kończy.
Oparłam się o ścianę, po czym powoli osunęłam się na podłogę. Miałam zamknąć oczy, kiedy do środka weszła dziewczyna.
Była wysoka, a liczyła może z piętnaście wiosen. Miała brązowe nastraszone włosy ścięte na krótko, oczy tego samego koloru, które otaczały gęste, czarne rzęsy oraz różowe, wąskie usta. Policzki miała zapadnięte i lekko zaróżowione. Miała ładną figurę. Aż zaczęłam jej zazdrościć.
Przechodząc spojrzała na mnie przelotnie, po czym weszła do toalety. Zmarszczyłam czoło, patrząc w ślad za nią. Po kilku minutach drzwi otworzyły się i znowu ją zobaczyłam. Obserwowałam jak z gracją podchodziła do umywalki naprzeciwko mnie i myła ręce, a następnie poprawiała fryzurę, choć według mojego uznania wyglądała dobrze.
— Co? — zapytała, odwracając się w moją stronę.
Przyglądałam się jej dużym oczom, w których pojawiła się frustracja. Nie przejmowałam się tym. Zmrużyłam oczy, dzięki czemu obraz się wyostrzył.
— Masz telefon? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Nasunęło mi się automatycznie. Może dlatego, że zauważyłam na jej wardze kolczyk, który jakoś wcześniej umknął mojej uwadze. Przez to od razu na myśl przyszedł mi Tyler. Wprawdzie poczułam smutek, ale w głębi kiełkowała we mnie nadzieja.
Dziewczyna popatrzyła na mnie tak, jakby właśnie zobaczyła ufo. Powstrzymałam uśmiech. Jej reakcja wydawała się być co najmniej śmieszna. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie, a gładka skóra na czole powoli marszczyła się.
— Masz telefon? — powtórzyłam w obawie, że nie zrozumiała.
— Mam — powiedziała niepewnie.
— Daj — zażądałam i wyciągnęłam rękę do przodu.
— Po co?
— Muszę zadzwonić, daj mi.
— Nie masz swojego?
Zacisnęłam szczękę. Nie podobało mi się, że zadawała tak wiele pytań. Co ją to obchodziło? Dałaby mi komórkę, a ja bym się od niej odczepiła. To wcale nie takie trudne.
— Pożycz mi telefon — powiedziałam już z nutką irytacji w głosie.
— Nie. — Zmrużyła oczy.
— Jest mi potrzebny! — Nawet nie wiedziałam, kiedy wstałam.
Przez jakiś czas stałyśmy w bezruchu i toczyłyśmy bitwę na oczy. To powoli stawało się denerwujące. Dlaczego nie mogła zrobić tego, o co ją prosiłam?! Przecież nie wymagałam tak wiele! Może w tamtym momencie dramatyzowałam, ale musiałam dostać jakikolwiek telefon. Chciałam za wszelką cenę zadzwonić do Tylera. Wprawdzie Peter mówił mi, że nie żyje, ale nie wierzyłam mu. Musiałam się przekonać sama, że to prawda. Pomyślałam, że zadzwonię do niego i wtedy dowiem się prawdy.
Dziewczyna, której imienia nie znałam, odwróciła się na pięcie i już miała wyjść, kiedy niemalże w dwa kroki znalazłam się tuż obok niej i stanęłam tak, że uniemożliwiłam otwarcie drzwi. Nastolatka popatrzyła na mnie spod byka. Gdyby tylko umiała, to zapewne zabiłaby mnie wzrokiem, ale szczerze powiedziawszy miałam to gdzieś. Zresztą... To przecież było niemożliwe.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech, po czym ze świstem wypuściła powietrze z ust. Jej oczy miotały błyskawice. Wiedziałam, że prędkiej czy później wybuchnie. Czy się bałam? Nie. Co ona mogłaby mi zrobić?
Niecierpliwie czekałam, aż coś powie.
— Czy jaśnie pani mogłaby się odsunąć? — zapytała podenerwowana.
— Póki nie dasz mi telefonu, nie —powiedziałam bez chwili zastanowienia.
— Nie odstawiaj szopki — wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że ją zdenerwowałam, jednak za wszelką cenę musiałam zdobyć telefon. Nie obchodziło mnie, jak czuła się dziewczyna. Mogła nawet płakać, a i tak nie zwróciłabym na to najmniejszej uwagi.
Wtedy moim oczom ukazało się to. Telefon. Wystawał jej z kieszeni bluzy zapinanej na zamek. Powstrzymałam uśmiech, który cisnął mi się na usta. Podeszłam do dziewczyny pewnym krokiem, aż nasze twarze dzieliły zaledwie centymetry i szybko wyciągnęłam telefon z jej kieszeni tak, żeby nic nie poczuła i schowałam go do swojej. Musiało tak być, bo jego właścicielka nawet nie drgnęła. Wciąż spoglądałam w jej brązowe oczy, w których pojawił się niepokój, aż w końcu uśmiechnęłam się i odsunęłam, umożliwiając jej wyjście z łazienki.
— Jak chcesz — powiedziałam kpiąco.
Posłała mi pytające spojrzenie, ale trwało to zaledwie sekundę, ponieważ wybiegła z pomieszczenia niczym przestraszone dziecko. W sumie to nie dziwiłam się jej. Sama przestraszyłam się samej siebie. Powoli zaczynało do mnie docierać, że z biegiem czasu stawałam się zupełnie inną osobą, a w szczególności w domu dziecka. Tamto miejsce mnie zmieniło. A może pokazało, jaka byłam?
Kiedy znalazłam się sama, zamknęłam się w toalecie. Wolałam nie ryzykować siedzeniem w łazience z telefonem w ręce. Bałam się, że w pewnym momencie wejdzie Peter i przyłapie mnie na gorącym uczynku, a przecież dał mi jasno do zrozumienia, że nie mam prawa z nikim, ktokolwiek by ty był, się kontaktować.
Usiadłam na sedesie i od razu włączyłam telefon. Byłam w siódmym niebie, kiedy okazało się, że nie trzeba wpisywać żadnego kodu pin, czy coś takiego. Kolejnym szczęściem było to, że na pamięć znałam numer do Tylera. Wybiłam go i już miałam nacisnąć na napis „połącz”, kiedy mój palec zawisł w powietrzu.
A jeśli on nie odbierze?
Jeśli rzeczywiście nie żyje?
Moje serce ogarnął niepokój. Wahałam się, choć byłam o krok od odgadnięcia prawdy. Mogłam to zrobić, ale jakaś cząstka mnie zakazywała wykonania jakiegokolwiek ruchu w tamtym kierunku. To dobrze, czy źle?
Wzięłam głęboki wdech, po czym wypuściłam ze świstem powietrze. Zamknęłam oczy i... nacisnęłam. Udało się. Połączenie zostało nawiązane. Niepewnie przyłożyłam telefon do ucha. Uważnie wsłuchiwałam się w sygnał połączenia. Każdy kolejny powodował, że zaczynałam się coraz bardziej niecierpliwić. Im dłużej to trwało, tym miałam coraz mniejszą nadzieję na to, że chłopak żyje.
Włączyła się automatyczna sekretarka. Przeklęłam i uderzyłam pięścią w ścianę. Ze złości miałam ochotę zacząć krzyczeć, a najlepiej to na czymś się wyżyć.
Zamknęłam oczy. Cisnęły się do nich łzy, ale usilnie powstrzymywałam je. Nie mogłam zacząć płakać. Przecież nie byłam dziewczynką, która beczała na każdym kroku!
Nie miałam pojęcia, ile tak siedziałam, ale do świata żywych przywrócił mnie dźwięk dzwonka w telefonie. W pierwszej chwili serce mi stanęło. Byłam rozkojarzona i nie wiedziałam o co chodzi. Zakryłam ręką głośnik. Miałam wrażenie, że dźwięk i tak jest zdecydowanie za głośny. Zerknęłam na wyświetlacz. Znałam ten numer.
Widok wprawił mnie w otępienie. Przez długi czas nie byłam w stanie się ruszyć. Nie wiedziałam, że przestałam oddychać. Dopiero jak zabrakło mi powietrza, zorientowałam się, że coś jest nie tak. W końcu odebrałam, ale nie odezwałam się.
W słuchawce panowała cisza, jakby osoba po drugiej stronie czekała, aż coś powiem. Ja jakby czekałam na to samo.
— Halo?
Ten głos. W oczach pojawiły mi się łzy. Nigdy nie sądziłam, że na brzmienie czyjegoś głosu wzruszę się. To było dziwne, a za razem czułam się, jakby złota rybka spełniła moje trzy największe marzenia. Gdym była w stanie, zapewne zaczęłabym skakać z radości i, co najwyżej, zaczęła się śmiać. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Ta chwila mogła wiecznie trwać.
— Jest tam ktoś? — zapytał.
„Tak” — cisnęło mi się na usta. Nie mogłam wykrztusić z siebie choćby jednego słowa. Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku.
— Jeśli to jakieś żarty, to...
— Nie! — od razu zaprzeczyłam.
— Carmen? — zapytał zdziwiony.
— Mhm... — Na nic innego było mnie stać.
— Dzięki Bogu! Co się z tobą działo? Dzwoniłem, z ty nie odbierałaś. Myślałem, że coś ci się stało. Chciałem przyjść, ale...
— Musisz mi pomóc. I to szybko — przerwałam mu po raz kolejny. Już mogłam normalnie mówić.
W tym samym czasie usłyszałam, jak ktoś dobija się do moich drzwi. Mało brakowało, a bym krzyknęła. Z jednej strony było to podejrzane. Obok były dwie toalety i nie chciało mi się wierzyć, że były zamknięte, więc czemu ktoś walił w drzwi do toalety, w której siedziałam?
— Wiem, że tam jesteś!
Peter.
— Carmen, jesteś tam?
Nic nie odpowiedziałam, tylko szybko rozłączyłam się. Nie wiedziałam gdzie schować telefon, dlatego zdecydowałam się na wrzucenie go do kosza. Ledwo co to zrobiłam, a drzwi z dziecinną łatwością zostały wyrwane z zawiasów. Nie powstrzymywałam się przed otwarciem szeroko ust. To było niewiarygodne. Przede mną stał rozwścieczony wychowawca, więc na pewno w tamtym momencie musiałam przybrać minę skruszonego dziecka.
— Z kim rozmawiałaś?! — wysyczał, jednocześnie robiąc krok w moją stronę i znajdując się niebezpiecznie blisko mnie...
Momentalnie zrobiło mi się gorąco. Przez dłuższą chwilę nie mogłam nabrać do płuc powietrza. Dosłownie jakbym zapomniała, jak się oddycha. Ręce zaczęły mi się trząść. Wprawdzie to cała dygotałam. Gdybym nie miała zaciśniętej szczęki, zapewne byłoby słychać dźwięk szczękania. Na czole poczułam pojedyncze krople potu, które powoli spływały mi po policzkach, a następnie po szyi, aż w końcu dosięgły ubrania. Oddech miałam przyspieszony i nierównomierny. Nie dochodziły do mnie żadne dźwięki, prócz szybkiego bicia mojego serca.
— Z kim rozmawiałaś?! — krzyknął Peter, łapiąc mnie za bluzkę i podnosząc do góry.
Siłą woli powstrzymałam się, żeby nie krzyknąć. Nie chciałam pokazywać, że się go boję, jednak byłam tak śmiertelnie przerażona, że nie sposób było to ukryć.
— Mów!
Chciałam coś powiedzieć, ale usta odmówiły mi posłuszeństwa.
— Ja... — zaczęłam, ale dalsze słowa nie chciały przecisnąć się przez moje gardło. — Ja... — ponowiłam próbę, ale bez rezultatu.
Ta chwila trwała wieki. Im dłużej znajdowałam się przy wychowawcy, tym miałam coraz większe wrażenie, że sekundy są godzinami. Kątem oka widziałam, jak żyła na jego skroni niebezpiecznie pulsuje, ale moje tęczówki były utkwione w jego. Miał je koloru czystego szkarłatu, co wywoływało u mnie jeszcze większe przerażenie.
— Ja... — Tym razem też nie udało mi się dokończyć zdania.
Modliłam się w duchu, żeby w końcu mnie puścił, żeby to się skończyło.
— Zapomniałaś, jak się mówi?! — krzyknął.
Niespodziewanie wyciągnął mnie z pomieszczenia, które od jego pojawienia wydawało się malutkie, po czym rzucił mnie na podłogę. Poczułam się jak szmaciana lalka, z którą można zrobić cokolwiek się chce. Czułam silny ból w lewym boku, na który upadłam. Zbolała jęknęłam. Nie zmieniłam pozycji odkąd moje ciało zetknęło się z podłogą.
— Gdzie telefon?! — wysyczał mi tuż przy moim uchu.
Od razu zamknęłam oczy. Powieki miałam mocno zaciśnięte, a oddech jeszcze szybszy. Oddychałam nie przez nos, ale przez usta. Było mi łatwiej.
Peter złapał mnie za włosy i mocno pociągnął za nie, aż moja głowa wychyliła się do tyłu. Podniosłam powieki. Po policzkach, nawet nie wiem kiedy, zaczęły mi spływać gorzkie łzy. Delikatnie zgarnął z mojej twarzy resztę kosmyków i zmusił, żebym spojrzała w jego oczy. Chcąc nie chcąc, zrobiłam to.
— Gdzie. Jest. Telefon? — wysyczał.
— W koszu — powiedziałam drżącym głosem.
Puścił mnie i w mgnieniu oka znalazł się przy koszu. Ja w tym czasie ciężko opadłam na plecy. Wpatrzyłam się w biały sufit. Czy czekała mnie jakaś kara? Może i nawet śmierć? Na ostatnią myśl zadrżałam. Nie chciałam umierać, jeszcze nie teraz. To było nie tak, jak być powinno. Miałam mieć szczęśliwe życie. Mia miała mieć szczęśliwe życie! Nic nie zrobiła, a w zamian znalazła się pod opieką jakiegoś psychopaty!
— Czyj to numer?
Przed oczami zobaczyłam telefon, na którego ekranie znajdował się ostatnio wybrany numer. Przełknęłam ślinę. Mimo to w ustach wciąż miałam sucho.
Co miałam mu powiedzieć? Nie mogłam tak o walnąć prosto z mostu, że zadzwoniłam do Tylera. Przez to naprawdę mógł go zabić. W końcu oszukał mnie mówiąc, że chłopak nie żyje. Co mogłoby go powstrzymywać przed zrobieniem tego? Przecież mógł chcieć się na mnie odegrać.
— Pytam po raz ostatni, czyj to numer? — zapytał, a jego twarz znalazła się blisko mojej.
— Nie wiem — jęknęłam. — Źle wybrałam numer — dodałam. To pierwsze przyszło mi na myśl.
Przez dłuższą chwilę uważnie spoglądał w moje oczy. Czułam się przez to jeszcze gorzej. Miałam nadzieję, że jakimś cudem nie zorientuje się, że kłamię.
Mogłam zamknąć oczy, ale bałam się. Jeszcze nigdy nie wpakowałam się w takie tarapaty. Nie sądziłam, że kiedyś nadejdzie moment, kiedy to będę obawiała się o swoje życie.
Właśnie nadszedł.
— Nie masz prawa nigdzie dzwonić — syknął. — Jeszcze raz taki numer, a zostaniesz ukarana. Pożałujesz.
Je słowa przeraziły mnie. Nawiedziła mnie wizja, w której to Peter na moich oczach zabija Mię, która nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Słyszę jej krzyki, płacz, a następnie następuje cisza, gdy skręca jej kark. Wzdrygnęłam się. Miałam nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie.
Miałam wrażenie, że Peter mi nie uwierzył. Jeśli wiedział, że zadzwoniłam do Tylera? W końcu do nikogo innego nie mogłam zwrócić się o pomoc. Tylko on wiedział co mi grozi. Moi przyjaciele nie mieli pojęcia co się ze mną dzieje. Wydawało mi się, że odkąd trafiłam do domu dziecka, nasza więź osłabia. To bolało. Peter zawsze mógł wziąć mój telefon, o ile go nie wyrzucił, i porównać numer z tym Tylera, który jest zapisany u mnie. Nie wyglądał na głupiego, przez co miałam wrażenie, że to zrobi.
Nawet nie wiedziałam, kiedy zamknęłam oczy. Jak je otworzyłam, zorientowałam się, że jestem sama. To dobrze. Minęła zaledwie chwila, nim zaczęłam płakać. Na początku jedynie cicho chlipałam. Dopiero z czasem zamieniło się to w szloch. Zakryłam dłonią usta, żeby go stłumić, ale wtedy zaczęłam płakać głośniej. Położyłam się na prawym boku, bo lewy wciąż bolał, i skuliłam się. Łzy szybko i strumieniami spływały po moich policzkach.
Wyjście Petera było zapewne ciszą przed burzą.
Już nie żyłam.


Hejo kochani! :3
Jak wrażenia po rozdziale? Właśnie zbliżamy się do rozdziałów, kiedy to w życiu Carmen nastąpi wiele zmian. Już nie mogę się doczekać! :D
Co sądzicie o... Tylerze? Żyje! Z Marą♥ nawet nie miałyśmy zamiaru go zabijać, głównie dlatego, że go obie bardzo lubimy. No i też dlatego, że w późniejszych wydarzeniach odegra dość ważną rolę.
Dobra, jakoś nie wiem, co mam napisać, także kończę. Buziaki!! xoxo :*

Maggie

4 komentarze:

  1. Hm. Wysłałabym Petera na terapię samokontroli xD Przeraża mnie O.o
    Carmen już i tak za długo jest twarda, jak teraz zacznie się bać, nie będzie źle to o niej świadczyć. Tyler żyje, to było do przewidzenia :P Wiadomo, że nie uśmiercicie wszystkich xD
    Myślę, że to z telefonem dało się załatwić o wiele łagodniej, mogła faktycznie poprosić, a nie zażądać. Były też jakieś literówki, ale że piszę z telefonu, nie wskażę gdzie :)
    Cóż, czekam na Tylera na białym koniu :D
    Weny! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Tyler jednak żyje. Ciekawe gdzie on teraz jest. I dlaczego Peter ją tak oszukał. Może myślał, że Carmen nie będzie się próbowała z nim skontaktować a tu się stało inaczej.
    Peter się robi coraz bardziej niebezpieczny. Wszystko zrobi, żeby ukarać Carmen. Dziewczyna chyba będzie musiała szybko uciekać, ale niestety będzie to trudne, bo Peter to uniemożliwia.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Może teraz Tyler pomoże uciec Carmen, ale pewnie to nie będzie takie łatwe :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdział mi się podoba :) Czekam na następny.
    All the love xxx

    OdpowiedzUsuń