niedziela, 1 maja 2016

Rozdział 20


Patrzyłam pustym wzrokiem na znikającą sylwetkę Petera, a następnie na zamykające się za nim ciemne drzwi. Nie byłam w stanie wypowiedzieć chociażby jednego słowa, nawet się poruszyć. W oczach zaczynały mi się zbierać łzy. Miałam być silna! Nigdy nie chciałam okazywać swych słabości, a w tamtym momencie pragnęłam jedynie schować twarz w poduszce i zacząć rzewnie płakać. Kto by pomyślał. Carmen Morgan płacze. Cóż za upokorzenie! Rówieśnicy, z którymi chodziłam do szkoły pewnie byliby w szoku, a moi wrogowie mieliby ze mnie ubaw po same pachy. Na przestrzeni tych kilkunastu dni zmieniłam się. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie stałam się dziewczyną, która chciała płakać? Nigdy nie sądziłam, że stanie się coś, kiedy poczuję się bezsilna. Miałam wrażenie, że wszystko się sypie, że moje życie jest spisane na straty, że ja powili upadam... Tak bardzo pragnęłam mieć przy sobie rodziców. Dlaczego przypominałam sobie o nich wtedy, gdy czułam się zdołowana i potrzebowałam pocieszenia? Zawsze myślałam, że jestem wystarczająco silna, by udźwignąć to wszystko na swoich barkach. Zdecydowanie myliłam się.
Po policzku spłynęła mi łza. Nie otarłam jej. Pozwoliłam, by swobodnie mogła spaść na moje spodnie. Zagryzłam dolną wargę i zamknęłam mokre oczy. Próbowałam przywołać obraz twarzy rodziców, bo myślałam, że może to mi pomoże, jednak nie byłam w stanie. Nie mogłam się skupić, mimo że całymi siłami próbowałam. Załkałam cicho, ale szybko zaczerpnęłam powietrza, co pozwoliło mi na moment przywołać się do porządku. Otworzyłam oczy i ponownie spojrzałam na drzwi.
— Mia — wyszeptałam.
Po głowie zaczęły mi krążyć różne przerażające myśli, że Peter coś mógłby zrobić mojej siostrze. Na samo to wyobrażenie serce mi stanęło, a w gardle pojawiła się wielka gula. Wiedziałam, że nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś stało się Mii. Do końca życia miałabym wyrzuty sumienia.
Poderwałam się na równe nogi z mocno bijącym sercem. Biegiem, niczym strzała, przemknęłam przez budynek, nie zwracając uwagi na dziwnie patrzące na mnie osoby, aż w końcu znalazłam się na zewnątrz. Dopiero wtedy zatrzymałam się i ciężko oddychając rozglądałam się dookoła, próbując wyłapać wzrokiem siostrę. Miałam obawy, że nie ma jej na zewnątrz, że on coś jej zrobił. Gdy nadal nie mogłam jej znaleźć, obeszłam dookoła cały plac zabaw i podwórko. Uważnie zaglądałam nawet w miejsca, gdzie Mia na pewno by nie poszła. Z każdą minutą denerwowałam się coraz bardziej i miałam ochotę płakać. Przed oczami pojawiał mi się obraz małej dziewczynki, której czekoladowe oczy wyrażały ogromny strach. Bałam się, że podczas mojego szukania Mia przeżywała to samo, co ja jakiś czas wcześniej. Pocieszałam się jedynie myślą, że Peter wspominał coś, że nie interesują go małe dziewczynki. W duchu modliłam się, żeby była to prawda.
Zrozpaczona wbiegłam z powrotem do budynku i postanowiłam zobaczyć, czy czasem nie ma jej w środku. Przebiegłam przez cały korytarz i zatrzymałam się dopiero przy drzwiach z napisem: „Pokój zabaw”. Z mocno bijącym sercem otworzyłam wejście. Jedynie pojedyncze osoby zerknęły na mnie. Ja z kolei nie zwróciłam na to uwagi, tylko patrzyłam na twarze dzieci myśląc, że w którejś z nich rozpoznam swoją siostrę. Nie było jej. Albo nie byłam w stanie jej rozpoznać poprzez swoje zdenerwowanie? Już miałam wyjść, kiedy w ostatniej chwili ujrzałam dziewczynkę, mającą długie brązowe włosy. Siedziała przy jednym z niskich stołów dla dzieci i rysowała. Poczułam niewyobrażalną ulgą, a kamień spadł mi z serca. Aż oparłam się o framugę drzwi.
— Mówiłem, że nic jej nie zrobię — usłyszałam tuż koło ucha.
Powoli odwróciłam się w stronę Petera. Miałam wrażenie, że on mnie śledzi. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak rzeczywiście było. Jeszcze nigdy tak bardzo kogoś się nie bałam. Osoba wychowawcy wywoływała przechodzące po moich plecach ciarki i strach, jaki rozchodził się po moim ciele. Myślałam, że po śmierci rodziców nic gorszego nie mogło mnie spotkać, jednak jak zwykle myliłam się. Przebywanie w jednym budynku, a tym bardziej w jednym pomieszczeniu, a jeszcze gorszej blisko psychopaty było koszmarne. Szczególnie po tym, gdy okazał się nie być człowiekiem.
— Czego chcesz?! — warknęłam, zaciskając dłonie w pięści.
— Czego mógłbym chcieć, jak nie twojej krwi?
Wystawił na wierzch kły, a ja momentalnie cofnęłam się. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem. Podejrzewałam, że przy wszystkich nie chciałby mnie ugryźć, ale skoro dla nich było to normalne, to miałam prawo mieć pewne obawy. Ten gościu był zdolny do wszystkiego!
— Idź do swojego pokoju — powiedział.
Nie posłuchałam go. Stałam i patrzyłam na niego jak na osobę, którą widziałam po raz pierwszy w życiu. Może i bałam się, ale wiedziałam jedno. Mia nie mogła przebywać w jednym miejscu z tym psychopatą!
— Idź do pokoju — powtórzył, tym razem dobitniej, spoglądając w moje oczy tak, że przeszywały mnie na wskroś.
— Nie — odważyłam się zaprzeczyć.
Peter zmarszczył czoło. W jego oczach ujrzałam coś na kształt rozczarowania, ale i fascynacji. Nie miałam pojęcia, skąd to drugie się u niego wzięło. To pozostawało dla mnie wielką tajemnicą, ale na moje szczęście bądź nieszczęście nie musiałam długo czekać na odpowiedź.
— Jesteś fascynująca — powiedział, biorąc do rąk jeden z kosmyków moich włosów, a ja nawet nie drgnęłam. — Jeszcze nigdy nie spotkałem się z człowiekiem, na którym moja hipnoza by nie zadziałała.
Tym razem drgnęłam. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym znajdować się pod wpływem jego czary mary. Poza tym... Nie wierzyłam w magię. No bo kto mógłby ją uprawiać? Te wszystkie wróżki to jakieś bzdury. Choć z drugiej strony po tym, co mnie spotkało, zaczynałam podejrzewać, że osoby znajdujące się w domu dziecka mogły być zahipnotyzowane. Ale naprawdę to była sprawka Petera? W to było mi już trudno uwierzyć.
— Łapy precz! — syknęłam, odsuwając się od niego na odległość metra.
Byłam w szoku, że zdołałam to do niego powiedzieć, a z drugiej strony cieszyłam się. Nie mogłam pozwolić na to, żeby mógł robić ze mną co tylko chciał. Nigdy nie chciałam być pod czyjąś kontrolą, a co dopiero pod jego! Facet nie miał prawa mówić mi, co mam robić. Fakt, był ode mnie zdecydowanie silny i nawet jedną ręką mógł mnie pokonać, ale wierzyłam całym sercem, że istniał jakiś sposób na to, żeby pozbyć się go raz na zawsze.
Tylko że jedyna osoba, która o nim coś wiedziała, nie żyła.
Tyler...
— Nie płacz, dziewczynko. — Uśmiechnął się kpiąco.
Wytrzeszczyłam oczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że płaczę. I to jeszcze w jego obecności! Nie mogłam pozwolić na to, żeby zobaczył, że jestem słaba. Wydawało mi się, że w jego oczach wszyscy tacy byliśmy.
Zacisnęłam szczękę. Wyminęłam go i pobiegłam do swojego pokoju, całkowicie zapominając o tym, że miałam pilnować siostry. Na miejscu stanęłam na środku pomieszczenia. Ciężko dyszałam. Zrobiło mi się strasznie duszno, dlatego otworzyłam na oścież okno i wychyliłam się przez nie. Pozwoliłam, żeby wiatr mógł bawić się moimi włosami. Nawet nie przeszkadzało mi, że te zasłaniały mi oczy. Chciałam zniknąć i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, co działo się wokół mnie.
— Nie wierzę, że nie żyjesz — wyszeptałam. — Nie wierzę w to.
Nie sądziłam, że strata Tylera, którego tak nienawidziłam, będzie dla mnie tak bardzo bolesna. Zawsze uważałam go za największego wroga, robiłam wszystko, żeby mu dogryźć, ze wzajemnością, lecz w ostatnim czasie zmieniłam nastawienie w stosunku co do niego. Zorientowałam się, że jest inny, niż myślałam. Kiedyś cieszyłabym się, gdyby coś złego mu się przytrafiło, jednak po tym, co dla mnie zrobił, czułam się okropnie. Nie chciałam wierzyć w to, że mógłby już nie żyć. Był silnym chłopakiem i nie wyglądał na takiego, którego byłoby trudno zabić. Czułam pustkę w sercu. Może mniejszą niż ta, która towarzyszyła mi po stracie rodziców, ale liczyło się, że była.
Z trudem odsunęłam się od okna, po czym położyłam się na łóżku, chowając twarz w białej poduszce. Łzy nie spływały mi po policzkach. Ich limit już się wyczerpał — nie miałam czym płakać. Moja mina pewnie wygląda jak u męczennicy. Na szczęście nikt nie mógł jej zobaczyć. Tylko to było pocieszeniem.
— Carmen? — usłyszałam za sobą głos.
Rozpoznałam w nim Kath, ale nie poruszyłam się. Uznałam, że udając, że śpię, da mi spokój. Pragnęłam ciszy. Gdybym mogła, to bym zasnęła, ale nie potrafiłam. Po ostatnich wydarzeniach trudno było mi się na czymkolwiek skupić. Najlepiej to nic bym nie robiła. Jedynie dla siostry starałam się trzymać. Nie mogłam pozwolić na to, by we mnie zwątpiła. Obiecałam sobie, że gdy zdobędę wiek pełnoletniości, zostanę jej prawowitą opiekunką, że zabiorę ją z tego okropnego miejsca, ale na to potrzebowałam siły i chęci.
— Carmen?
W pokoju rozległ się dźwięk skrzypiącej podłogi. A więc poruszyła się. Miałam wrażenie, że idzie w moją stronę. Dlaczego?!
— Wiem, że nie śpisz. — Położyła na moim ramieniu dłoń i potrząsnęła nim.
— Czego? — zapytałam, bo wiedziałam, że moje udawanie idzie na marne.
Dziewczyna zabrała rękę i nic nie powiedziała. Uraziłam ją, czy co? Niechętnie położyłam się na plecach i oślepiona dziennym światłem zamrugałam oczami, po czym wytarłam je dłonią, bo załzawiły. Usadowiłam się w pozycji siedzącej i kątem oka spojrzałam na współlokatorkę.
— Co się stało? — zapytałam.
— To chyba ja powinnam o to zapytać — powiedziała tak bardzo poważnie, że aż się zaniepokoiłam. — Co się stało? — powtórzyła moje pytanie.
— Nic. — Wzruszyłam ramionami.
— Widziałam, jak biegniesz do pokoju. Coś jest na rzeczy.
Zagryzłam dolną wargę i spojrzałam na okno. Przez chwilę obserwowałam, jak wiatr wygina gałęzie drzew, a chmury w dość szybkim tempie poruszają się po błękitnym niebie. Westchnęłam ciężko i zaczęłam bawić się swoimi dłońmi.
— Carmen? — zapytała Katherine.
— Co myślisz o naszych wychowawcy? — zapytałam z nadzieją, że podzieli moje zdanie.
— To spoko gość! — niemalże krzyknęła.
No jego to bym się nie spodziewała!
— A co? Podkochujesz się w nim? — zapytała z uśmiechem.
— Prędzej bym zdechła, niż miałabym go darzyć jakimkolwiek uczuciem — powiedziałam przez zaciśnięte zęby. — No chyba, że nienawiścią — dodałam po chwili namysłu.
— Dlaczego? — Zdziwiła się dziewczyna.
— Bo to potwór! Dlaczego tylko ja to widzę? Zobacz, co mi zrobił.
Zerwałam z szyi opatrunek i pokazałam Kath miejsce po ugryzieniu. Musiałam stwierdzić, że już mnie nie bolało. Miałam nadzieję, że może teraz będzie podzielała moje zdanie, albo chociaż jej reakcja będzie taka, jak się spodziewałam. Ponownie błędne myślałam. W pokoju rozległ się jej dźwięczy śmiech. Śmiech! Moja mina musiała być bezcenna. Nie miałam pojęcia, co zrobić. Śmiać się wraz z nią, czy płakać nad swoją niedolą? Chyba jedno i drugie.
— Te ślady są normalne — powiedziała tak... normalnie? — Mam kilka takich, zobacz.
Pokazała mi miejsce na swojej szyi, na której znajdowały się co najmniej dwa ugryzienia — trudno było mi określić ich liczbę, bo znajdowały się bardzo blisko siebie — a następnie pokazała mi nadgarstek, na którym również była blizna po kłach... wampira. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na nią ze współczuciem. Przeżyła ten koszmar już kilka razy.
— Przykro mi — powiedziałam.
— Dlaczego? — zapytała z rozbawieniem, które mnie zdziwiło. — Nic z tego nie pamiętam. Nawet nie wiem, skąd je mam.
To już całkowicie mnie zszokowało. Jak ona mogła tego nie wiedzieć? Przecież...
— To Peter ci to zrobił! — powiedziałam dobitnie.
Katherine ponownie zaczęła się śmiać. Naprawdę chciało mi się płakać. Dlaczego nikt nie widział tego, co ja? Dlaczego nikt nie wiedział, jaki jest Peter? Dlaczego wszyscy uważali, że to, co się dzieje, jest normalne? Dlaczego nikt mi nie wierzył?!
— To jakaś patologia. — Zrezygnowana popatrzyłam na drzwi. — Pożycz mi telefon — powiedziałam.
— Co? Eee... To znaczy... Nie mogę. — Popatrzyła na mnie przepraszająco, a ja podniosłam jedną brew.
— Dlaczego? — zapytałam.
— Dostałam zakaz. Jak wszyscy — odpowiedziała.
— Jaki do cholery zakaz?! — Otworzyłam szeroko oczy.
— Nikt nie może pożyczać ci telefonów komórkowych, nawet nie możesz korzystać ze stacjonarnego, a...
— Dlaczego? — przerwałam jej.
Miałam wrażenie, że wszystko zaczyna mi się walić.
— Bo ja wiem? — Wzruszyła ramionami.
— Pozwól mi wykonać jeden telefon, nikt się nie dowie, obiecuję — poprosiłam.
— Naprawdę mi przykro, ale nie mogę.
Czy to dziwne, że w jej oczach nie widziałam współczucia? Zamiast tego wokół jej źrenic zobaczyłam ciemnoniebieską obwódkę, która była słabo widoczna przy błękitnych tęczówkach. Coś podobnego miała pielęgniarka, która zakładała mi opatrunek. Czy to możliwe?
— Za pół godziny kolacja. Idziesz? — zapytała Kath.
Pokiwałam głową. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Katherine poszła. Ja jeszcze zamknęłam okno, ponieważ zaczynało robić się chłodno. Wyszłam z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi. Nawet nie spieszyłam się do stołówki. Szłam w wolnym tempie. Było jeszcze dużo czasu, więc nie widziałam sensu, żeby się spieszyć. Nie obchodziło mnie to, że ktoś mógłby zająć moje miejsce. Wszystko było mi już jedno.
Na parterze zobaczyłam, jak Peter wchodzi do stołówki, a Mia z pokoju zabaw idzie w jego ślady. Momentalnie do głowy wpadł mi dosyć szalony pomysł. Już raz nie wypalił, ale nikt nie bronił spróbować mi kolejny raz. Wprawdzie nie tylko sobie obiecałam, że już więcej tego nie zrobię, jednak sytuacja tego wymagała i przede wszystkim musiałam chronić siostrę. Dla niej zrobiłabym wszystko.
— Mia! — krzyknęłam.
Dziewczynka na początku nie wiedziała skąd dochodzi wołanie, lecz w końcu zobaczyła mnie. Uśmiechnęła się lekko i podbiegła w moją stronę. Od razu przytuliła się. Odwzajemniłam uścisk, zamykając przy tym oczy.
— Musimy iść — szepnęłam jej na ucho.
— Gdzie? — zapytała równie cicho.
— Zobaczysz — powiedziałam, odsuwając się od niej i zgarniając jej włosy za ucho.
Wzięłam siostrę na ręce. Ta nie protestowała. Nawet uśmiechnęła się. Pognałam z nią szybko do naszego pokoju. Nadal nie wiedziałam, czy robię dobrze, jednak w tamtym momencie liczyło się tylko bezpieczeństwo Mii. Na miejscu posadziłam ją na moim łóżku i zaczęłam pakować do plecaków nasze rzeczy. Co innego miałam robić? Byłam taka bezsilna...
— Carmen, co ty robisz? — zapytała swoim dziecięcym głosem.
— Musimy uciekać — powiedziałam cicho.
— Obiecałaś, że już nie będziemy tego robić.
Popatrzyła na mnie zaszklonymi oczami, a mnie chwyciło za serce. Tak, obiecałam jej, ale ten jedyny raz musiałam złamać przysięgę. Nie zniosłabym, gdyby coś jej się stało. Byłabym załamana. Ze mną mogło stać się wszystko, ale nie z Mią. Ona musiała być bezpieczna i nie mogła przeżywać tego samego, co ja. Wciąż bałam się, że Peter mógłby jej zrobić krzywdę, nawet jeśli zapewniał, że nie rusza dzieci. Nie miałam podstaw, by mu wierzyć. A dla Mii mógł zrobić wyjątek. Przez kogo? Przeze mnie.
— Tak, ale... Musimy uciec. — Miałam wielką gulę w gardle.
— Dlaczego? — Spojrzała na swoje dłonie.
— Tutaj nie jest bezpiecznie.
— Dla ciebie nigdzie nie jest bezpiecznie.
— Tutaj naprawdę tak jest, uwierz mi — mówiłam łamiącym się głosem. — Nie jesteśmy tutaj bezpieczne. Nikt nie jest tutaj bezpieczny. To miejsce to... To jakieś piekło.
— Dlaczego?
— Kiedyś ci to wyjaśnię — powiedziałam po chwili ciszy. — Na razie jesteś jeszcze za mała... Ufasz mi?
— Tak. — Pokiwała głową.
Uśmiechnęłam się blado. Skończyłam pakować rzeczy i gdy byłam już pewna, że wszystko wzięłam, postanowiłam działać. Moja siostra przez cały ten czas siedziała w bezruchu i dopiero gdy skończyłam się pakować, postanowiła wstać z łóżka. Założyłam na plecy plecak, a Mii dałam mniejszy. Wzięłam siostrę za rękę. Ścisnęłam ją, by mała poczuła się pewniej. Chyba podziałało, ponieważ na chwilę uśmiechnęła się.
Dlaczego postanowiłam uciec w porze kolacji? W tym czasie niemal wszyscy znajdowali się w stołówce. W nocy na korytarzach były tak zwane przez nas patrole, a drzwi zamykano na klucz. Jedynym wyjściem były okna, ale nie chciałam, żeby Mia przez nie wyskakiwała. Była jeszcze mała i mogła coś sobie zrobić. Miałam nadzieję, że w stołówce nikt nie zauważy braku osoby mojej i Mii. W końcu to tylko dwa puste miejsca... Aż dwa.
W korytarzu rozniósł się dźwięk czyichś kroków. Serce podskoczyło mi do gardła. Mia też się zdenerwowała, ponieważ poruszyła się niespokojnie. Miałyśmy to szczęście, że tuż obok znajdowała się toaleta, więc szybko się tam ukryłyśmy. Odetchnęłam z ogromną ulgą, kiedy nikt nie zdecydował się wejść do tego pomieszczenia. Gdy już w stu procentach byłam pewna, że na korytarzu nikogo nie ma, pociągnęłam siostrę w stronę wyjścia. Jak bardzo cieszyłam się, że stołówka była daleko od wyjścia! Jeszcze większym pocieszeniem było to, że na dworze panował półmrok. Miałam ochotę skakać z radości. Jednak to było za piękne, żeby mogło być prawdziwe. Uważnie rozglądałam się dookoła. I tak za wiele przez ciemności nie widziałam, ale moim oczom nie przemknęła żadna osoba. To chyba dobrze?
— Okej jest? — zapytałam cicho siostry.
— Tak — szepnęła.
Przeszłyśmy szybkim krokiem przez całe podwórko, aż znalazłyśmy się przed furtką. Jeszcze podczas żadnej ucieczki serce nie waliło mi tak mocno. Wiedziałam, że to wszystko było zdecydowanie za piękne. Furtka okazała się być zamknięta. Zaczerpnęłam do płuc świeżego powietrza. Innego wyjścia nie było. Dlaczego?! Mogłam przypuścić, że wejście będzie zamknięte i zastanowić się nad planem b, ale tak to było, gdy podejmowało się decyzje spontanicznie.
— Tylko nie przeklinaj — powiedziała rozkazującym tonem Mia.
Zerknęłam na nią kątem oka. Zaczęłam porównywać jej wzrost do wielkości furtki. Czy była w stanie przez nią przejść? Biłam się z myślami. Wszystko szło nie po mojej myśli...
— Mia? Przeszłabyś przez furtkę? — zapytałam niepewnie.
Dziewczynka zerknęła na nią z powątpieniem, ale mimo to pokiwała głową. Wzięłam od niej plecak, który złożyłam na ramkę, a siostrę na ręce.
— Tylko uważaj — poprosiłam.
Z trudem posadziłam ją na górze furtki. Mia z bojaźnią patrzyła na ziemię. Wysoko nie było, ale... Cóż. Siostra miała tylko sześć lat. Miała prawo mieć obawy.
— Nie ruszaj się — powiedziałam.
Wskoczyłam na bramę, robiąc przy tym trochę hałasu. Dlaczego nie mogła być z drewna? Miałam wrażenie, że w budynku zgasło światło w jednym z pomieszczeń, ale to musiało mi się wydawać. W końcu okna widziałam tylko kątem oka. Szybko zeskoczyłam na drugą stronę i stanęłam przed siostrą.
— Skacz, złapię cię — powiedziałam.
Dziewczynka zacisnęła szczękę, ale wykonała moje polecenie. Gdy swobodnie wylądowała w moich ramionach, wtuliła się we mnie jak wystraszone dziecko. Pogłaskałam ją po głowie i odwróciłam się, żeby biegiem ruszyć w przeciwnym kierunku, niż znajdował się dom dziecka. Jednak nie zrobiłam tego.
— A wy dokąd?
Nie mogłam uwierzyć jakim cudem stałam przed Peterem. Przecież był w stołówce! Dałabym sobie rękę uciąć, że rzeczywiście tam wchodził. To naprawdę było zbyt piękne.
— Z dala od ciebie — wysyczałam.
— I gdzie pójdziesz? — zapytał z kpiną.
— To już nie twój interes. — Zmrużyłam oczy.
— Owszem, mój. Mia, idź do swojego pokoju — zwrócił się do mojej siostry, uważnie spoglądając jej w oczy.
Dziewczynka zaczęła wyrywać mi się z rąk, dlatego postawiłam ją na ziemię w obawie, że wyleci mi i coś sobie zrobi. Byłam w szoku, że szła w stronę furtki. Jak później okazało się, została otwarta. Ale jak?!
— Mia! Gdzie ty idziesz? — zapytałam z szokiem.
Ale ona nie odpowiedziała.
— Mia! — Podbiegłam do niej. — Co z tobą?
Siostra zignorowała mnie. Wyminęła i... poszła.
— Coś ty jej zrobił?! — wydarłam się na całe gardło.
Miałam ochotę rzucić się na niego i wydłubać oczy. Powstrzymywał mnie jedynie widok jego doskonale widocznych w nocy kłów. Byłam załamana. Miało być tak pięknie! Słyszałam, jak drzwi do budynku zamknęły się. To oznaczało, że Mia weszła do środka.
— Ty sukinsynu! — krzyknęłam i zacisnęłam dłonie w pięści.
Pożałowałam, ponieważ w ułamku sekundy zostałam boleśnie przygnieciona do bramy. Jedna z dłoni Petera zacisnęła się na mojej szyi, utrudniając oddychanie. Łapczywie łapałam powietrze, jednocześnie próbując uciec wychowawcy, którego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej.
— Lepiej uważaj na słowa — wysyczał.
Czułam jego zimny oddech, a nawet jego ostre kły na szyi. Za każdym razem, gdy je poczułam, przechodziły mnie ciarki i niespokojnie poruszałam się. Wolałam się nie szarpać, bo bałam się, że mogę tego jeszcze bardziej pożałować. Zamknęłam oczy, a w duchu modliłam się, żeby to jak najszybciej się skończyło. Peter zgarnął za moje ucho jeden z kosmyków włosów. Ponownie poczułam na szyi jego zimny oddech.
— Słyszę jak mocno bije ci serce, jak krew w tobie wrze.
„Psychol”, pomyślałam.
Peter zaśmiał się cicho. O dziwo jego śmiech był przyjemny dla uszu, ale mimo to wciąż się bałam. Nie mogłam się poruszyć, bo nie dość, że przygniótł mnie do bramy swoim ciałem, to jeszcze strach całkowicie mnie sparaliżował.
— Tak trudno się powstrzymać. Rzadko natrafiam na taką pyszną krew. Chcę więcej — szepnął mi do ucha.
Nie zdziwiłabym się, gdybym narobiła w majtki.
— Jesteś wyjątkowa.
Jego kły poraniły moją skórę. Syknęłam. Nie chciałam przeżywać tego ponownie. Na samą myśl, że to znowu mnie spotka, chciało mi się płakać. Czemu te wszystkie straszne rzeczy spotykały właśnie mnie?! Mogłam to tłumaczyć sobie jedynie dawniejszym stylem życia i zachowaniem wobec rodziców i nie tylko, jednak nie wystarczyła śmierć bliskich mi osób? Ile jeszcze miałam cierpieć? Zawsze?!
— Rozmyśliłem się — powiedział w pewnym momencie.
Odsunął się ode mnie, a ja po bramie osunęłam się na ziemię. Miałam szeroko otwarte oczy i bałam się spojrzeć w tęczówki Petera, które zapewne wyglądały tak przerażająco, jak poprzednim razem, gdy mnie chciał ugryźć. Miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Nie byłam w stanie uspokoić oddechu. Nawet nie wiedziałam, kiedy po policzkach zaczęły mi spływać łzy.
— Wstań — powiedział Peter tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Powoli podniosłam się, ale nogi tak mi się trzęsły, że bałam się, że z powrotem runę na ziemię. Przez oddychanie przez usta zaschło mi w gardle. Trzęsłam się jak galareta. Nie z zimna, ale ze strachu.
— Jednak nie. Jakoś nie mogę się powstrzymać. — Zaśmiał się.
Nie wiedziałam o co mu chodzi, dlatego popatrzyłam na niego z szokiem. Gdy zaczął się do mnie znowu zbliżać, nie wytrzymałam.
— Nie! — powiedziałam błagalnie.
Ale on nie posłuchał.
— Proszę, zostaw mnie. — Zaczęłam szlochać.
Chwilę później wbił mi się boleśnie w szyję. Zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej, niż za pierwszym razem. Miałam złudną nadzieję, że może to sprawi, że da mi spokój, ale im krzyczałam głośnej, tym on był coraz bardziej gwałtowny w swych czynach. Robił to z zemsty? Dlaczego nikt słysząc moje krzyki nie wybiegł na pomoc? Czułam się samotna. Opuszczona przez wszystkich...
Z każdą kolejną sekundą miałam wrażenie, że słabnę. Miałam ochotę odpłynąć w nicość i już się nie obudzić. Przynajmniej dopóki ten psychol znajdował się blisko mnie. Rana na szyi niemiłosiernie mnie piekła, a on jak na złość robił z niej jeszcze większą ranę. Tak mi się wydawało. Chciałam, żeby mnie zabił. W tamtym momencie to było moje marzenie.
Peter odsunął się. Upadłam na kolana i automatycznie przyłożyłam dłoń do wciąż piekącej rany. Wychowawca w tym czasie uśmiechał się zwycięsko, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że zawsze będę tą na straconej pozycji. Otarłam załzawione oczy.
— Nienawidzę cię. Jesteś potworem! — powiedziałam poprzez płacz.
— Dopiero teraz będziesz mogła mnie tak nazywać — odparł.
Nie wiedziałam o co mu chodzi. Peter zostawił mnie zdezorientowaną. Nie miałam pojęcia, co jest grane. Zostałam sama w ciemnościach. Na ulicy nie widziałam żadnej żywej duszy. Może mój wrzask wystraszył wszystkich ludzi? Wiatr rozwiewał moje włosy. Oprócz jego gwizdu słyszałam jeszcze swój ciężki oddech. Spojrzałam za ziemię, na której zaczęły osiadać się pojedyncze krople deszczu. Świetnie. Zaczynało padać. Z trudem podniosłam się, a jeszcze większym wyzwaniem było utrzymanie się na równych nogach. Zaczynało padać coraz mocniej, dlatego postanowiłam wrócić do budynku. No bo gdzie indziej?
Jedna rzecz niestety mi na to nie pozwoliła.
Zrobiłam pierwszy krok, a przed sobą ponownie zobaczyłam Petera. Tym razem nie był sam.
— Luke — wyszeptałam oniemiała.
Z przerażeniem popatrzyłam na Petera. Ścisnęło mnie w sercu. Czy on chciał mu coś zrobić? Dlaczego? Przecież nie był niczego winny! Zaczynałam panikować. W tamtym momencie nawet nie wiedziałam, jak się nazywam.
— Carmen, co jest grane? — zapytał Luke.
Mówił z trudem, ponieważ wampir miał owiniętą rękę wokół jego szyi. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nic się z nich nie wydostało.
— Czy zdajesz siebie sprawę, że swoim przewinieniem wydałaś wyrok jednemu istnieniu? — zapytał poważnym tonem Peter.
Nadal nie miałam pojęcia, o co mu chodzi, ale wiedziałam, że zapowiada się nieciekawie.
— Nic mu nie rób — poprosiłam, zgarniając z twarzy mokre od deszczu włosy.
Wychowawca zaśmiał się. Tyle mi wystarczyło, żeby wiedzieć, że będzie źle. Nie zdawałam sobie tylko sprawy, jak bardzo. Przełknęłam ślinę i zrobiłam krok do przodu. Peter cofnął się wraz z Luke'm. To było jak zabawa w kotka i myszkę.
— Carmen...
Luke nie dokończył, ponieważ Peter z dziecięcą łatwością skręcił mu kark, po czym pozwolił, by jego bezwładne ciało upadło na ziemię. Zaczęłam krzyczeć. Na ten widok serce mi pękło. Podbiegłam do Luke'a i uklękłam przy jego martwym ciele. Moje łzy mieszały się z kroplami deszczu. Nie mogłam uspokoić emocji. Jeszcze nigdy nie widziałam na oczy czyjeś śmierci, więc to był dla mnie ogromny szok. Moje serce już całkowicie się rozpadło. Pozostała po nim tylko pustka.
— Luke. — Załkałam.
— To taka lekcja. Jeszcze raz spróbujesz uciec, a zginie kolejna bliska ci osoba — zagroził Peter.
Nawet nie zwróciłam na niego uwagi. Mój wzrok wciąż był utkwiony w twarz przyjaciela, z której nie zniknęło przerażenie. To mnie jeszcze bardziej zdołowało.
— Luke, przepraszam...
Płakałam jak nigdy dotąd. Obwiniałam się za jego śmierć. To wszystko była moja wina! Żałowałam, że tamtego dnia pozwoliłam, żeby mnie podwiózł. To właśnie wtedy zaczęła się nasza znajomość. Żałowałam, że go w to wszystko wciągnęłam. Żałowałam, że go na to skazałam. Nieświadomie wydałam na niego wyrok śmierci. To sprawiało mi tak ogromny ból, że moje serce nie mogło tego znieść. Był takim dobrym człowiekiem, a przeze mnie...
— Nie! — krzyknęłam przeciągle na całe gardło. — Nie, nie, nie, nie! Luke, nie! Tak bardzo przepraszam!
Zgarnęłam z jego twarzy włosy. Poczułam się tak, jakbym straciła ważną dla siebie cząstkę, która pozwalała mi się trzymać. Odeszła wraz ze śmiercią Luke'a. To właśnie on podtrzymywał mnie na duchu. Sprawiał, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Może znałam go krótko, ale był dla mnie jak brat. Dzięki niemu jeszcze się nie poddałam i odpłaciłam mu to w taki sposób. Zaczynałam nienawidzić samą siebie. Patrząc na jego twarz zdawałam sobie sprawę z tego, jakim jestem potworem.



Hejo kochani! :3
Z tej strony Maggie. Mara♥ nie mogła napisać rozdziału bo nie była w stanie. Pochorowała się (a mając gorączkę trochę trudno na czymś się skupić) :/ Życzmy jej zdrówka! :*
Jeśli chodzi o rozdział... To jestem z siebie dumna. Udało mi się go napisać w dwa dni! A dzisiaj zaczynałam pisać od scenki, jak Carmen szukała siostry. Mój rekord xD I to jeden z tych niewielu rozdziałów, jakie do tej pory napisałam i z jakich jestem bardzo zadowolona :D No i też jest dużo dłuższy, niż zwykle były rozdziały, więc mam nadzieję, że tym wynagrodziłam Wam, że musieliście tak długo na niego czekać :*
Czy gdy Carmen szukała siostry to myśleliście, że Peter rzeczywiście mógł jej coś zrobić? Na początku chciałam napisać, że jednak znajdzie ją na placu zabaw, ale tak jakoś pomyślałam, żeby trochę potrzymać Was w niepewności xD
Hm... Rozmowa z Kath raczej była dziwna, nie uważacie? Czy zwróciliście uwagę a to, co Carmen podczas rozmowy z nią?
Haha i znowu ucieczka. Czy ta Carmen kiedyś się czegoś nauczy? xD Jak widać, nie skończyła się dobrze, a kara była... no dość bolesna dla bohaterki. PRZEPRASZAM wszystkich, którzy lubili Luke'a, ale padło na niego. W sumie to nie wiem dlaczego. Lubiłam go, ale... No. Chyba polubiłam zabijanie bohaterów, bo zaczynając pisać o jego śmierci to się śmiałam xD Tak samo było jak Peter powoli zbliżał się do tego, by ugryźć Carmen. Też się śmiałam. Nie mam pojęcia dlaczego, bo tutaj nie ma nic śmiesznego. Co się ze mną dzieje :-O xD
A tak w ogóle... Jak wrażenia? Z chęcią o nich przeczytam :D No chyba że wcześniej mnie znajdziecie i zabijecie za Luke'a xD
Jakbyście znaleźli jakieś literówki, to byłabym wdzięczna o napisanie odpowiedniego zdania (bądź jego fragmentu). Po samym wyrazie trudno coś znaleźć :/
Więc... Do napisania! Pozdrawiam cieplutko! xoxo :***

Maggie

9 komentarzy:

  1. Jest mega!
    Zapraszamy do nas / buziaki K&L

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak mogłaś go usmiercić ? Ale z drugiej strony zaskoczyłaś mnie i dlatego mi się podobało :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Według mnie zbyt lekko uśmierciłaś Luka i ta scena nie jest dopracowana

    OdpowiedzUsuń
  4. A co to? Czyżby Arrow zaraził Cię uśmiercaniem bohaterów...? xD Hehe, ciekawe kto będzie następny. :P
    On chyba nie zasługiwał na taką śmierć... Lubiłam go. :/ Historia robi się coraz bardziej pokręcona... xD
    Ale życzę wam weny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Katherine też chyba musi być pod wpływem Petera jak uważa, że to co on robi jest normalne. Dobrze, że on nie może tak oddziaływać na Carmen.
    Wygląda na to, że ucieczka będzie niemożliwa. Peter wszędzie kogoś znajdzie. I jak za ucieczkę Carmen zabił Luke'a to co może zrobić następnym razem jak Carmen nie będzie go słuchać.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  6. Co sie dzieje z nimi wszystkimi :-o
    On wszystkich hipnoyzuje i manipuluje. No bo zgadzac sie z tym co robi? To mi nie pasuje do Katherine. Zabił go O.O jakim prawem o.O jak moglas :-(
    No ale coż, podobało mi się ;) ostatnio jestem jakas opóźniona w komentowaniu i mam wrazenie ze mam mega zaleglosci -.-
    Jest ogolnie po 5 rano a ja sobie siedze wcinam platki i zaraz do pracy lece xD ale co tam. Brrrr jaka pogoda. U was tez tak brzydko? To ma byc maj? :-\ jaja jakies :-(
    Weny i buziakiiii ❤

    OdpowiedzUsuń
  7. Psychol totalny psychol wbic mu kolek w serce i sprawa zalatwiona xD szkoda mi Carmen i Mii, no i Luke :( zycze weny i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Widać dużą różnicę, w porównaniu z Twoim poprzednim blogiem, Maggie. Przede wszystkim robisz zdecydowanie mniej błędów, a i zdania brzmią logicznie. Jedyne czego mogłabym się doczepić to realność dialogów. Peter może i jest psychopatą lubiącym wychwalać swoją wampirzą naturę, ale jego wypowiedzi wydają się, mimo wszystko, odrobinę nadmuchane i sztuczne. Chociaż może jestem nadwrażliwa na takie rzeczy.
    Życzę weny!
    Pozdrawiam,
    Ra Ra

    OdpowiedzUsuń
  9. Uwielbiam brutalne sceny! Świetny rozdział, lecę nadrabiać dalej :** (dawna Mam Czkawke, bo zapomniałam hasła xd)

    OdpowiedzUsuń