sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 19


Prosiłabym o przeczytanie informacji na końcu :)

Podniosłam ciężkie powieki. Ujrzałam rozmazany obraz, a silny ból głowy dawał o sobie znać. Powili złapałam się za obolałe miejsce i lekko je pomasowałam, jednocześnie zastanawiając się, kto mnie uderzył. Bo to musiał być ktoś! Niechętnie podniosłam się z... podłogi?! Jak oparzona poderwałam się na równe nogi, jednak szybko pożałowałam, ponieważ zakręciło mi się w głowie i gdyby nie ściana, to jak długa z powrotem runęłabym na podłogę. Drewnianą podłogę. Zaraz... Drewnianą? Zmarszczyłam czoło i dłonią przeczesałam rozpuszczone włosy. Rozejrzałam się dookoła.
Znajdowałam się w nieznanym mi miejscu. Podejrzewałam, że to piwnica. Wszędzie było dużo pajęczyn, co na pewien sposób mnie przerażało. Nie bałam się ich, ale to wyglądało nadzwyczaj ohydnie. A widok pająków wzbudzał we mnie obrzydzenie, dlatego w duchu modliłam się, żeby na żadnego się nie natknąć. Oprócz jednego małego okna, do tego z kratami, znajdowały się drzwi. Były trochę stare, ale na oko masywne, natomiast w jednym z kątów leżała masa starych papierów, na niektórych z nich osiadła się już pleśń, które zapewne były zbędne. Tuż obok w ścianie została wygryziona mysia dziura. Uważnie rozejrzałam się i stwierdziłam, że stworzenie nigdzie nie chodzi.
Było cicho. Za cicho. Pociągnęłam nosem i niepewnie zrobiłam pierwszy krok w stronę drzwi. Podłoga pode mną zaskrzypiała. Skrzywiłam się na twarzy.
— Gdzie ja do cholery jestem?! — niemal krzyknęłam.
Usłyszałam skrzypnięcie, więc mój wzrok od razu powędrował w stronę drzwi, ale te były zamknięte.
— Wciąż w tym samym mieście, w tym samym budynku, lecz w innym pomieszczeniu — usłyszałam tuż przy uchu, a na karku poczułam zimny oddech.
Przerażona odskoczyłam i podbiegłam do najbardziej oddalonej ode mnie ściany, po czym oparłam się o nią i wbiłam wzrok w Jego zielone oczy, w których znajdował się niebezpieczny błysk. Musiałam przypominać wystraszoną, małą myszkę, która rozpaczliwie szukała miejsca do ucieczki.
— Nie bój się — powiedział, robiąc krok w moją stronę.
— Nie zbliżaj się! — warknęłam, jeszcze bardziej napierając na wilgotną ścianę. — Wypuść mnie! — zarządzałam.
— Nie tak szybko. — Uśmiechnął się podle. — Jeszcze nie dokończyliśmy poprzedniej rozmowy.
Wiedziałam, że moja twarz pobladła. Sama miałam dziwne, wrażenie, że uchodzi ze mnie życie i że słabnę. Ogarnął mnie niepokój, a jeszcze większy, kiedy zorientowałam się, że nie mam nic do obrony. Rozpaczliwie rozglądałam się dookoła, choć doskonale wiedziałam, że nie ucieknę. Zaraz... Miałam jeszcze drzwi. Mój wzrok od razu powędrował w tamtą stronę. Peter widocznie wiedział, co mam na myśli, ponieważ poszedł w moje ślady. Nie czekając lekkomyślne pobiegłam do wyjścia. Od razu złapałam za klamkę i zaczęłam ją szarpać, jednak drzwi ani drgnęły. Znieruchomiałam. Rozchyliłam usta i ciężko dysząc powili odwróciłam głowę w bok. Nawet nie zgarnęłam włosów, które opadały mi na twarz. Minęła chwila, po czym ponownie spróbowałam otworzyć drzwi, ale efekt był ten sam. Z ogromną siłą kopnęłam w nie. Jednym skutkiem było, że poczułam dość dolny ból w nodze.
— Cholera jasna! — wydarłam się.
Odpowiedział mi szyderczy śmiech Petera. Nawet nie wiedziałam, kiedy do oczu napłynęły mi łzy. Usilnie starałam się, żeby nie ujrzały światła dziennego. Musiałam jakoś nie pokazywać, że jestem bezradna.
— Stąd nie ma ucieczki — powiedział z dziwną satysfakcją mój... wychowawca. Nawet nie chciałam go tak nazywać.
„Zawsze jest jakaś droga!”, krzyknęłam w myślach.
— Nie ma — powtórzył.
Wytrzeszczyłam oczy. Jedyne co mi przyszło na myśl to to, że on właśnie czytał mi w myślach. Ale to było niemożliwe! Przynajmniej w tamtej chwili tak uważałam. Jeszcze raz złapałam za klamkę w nadziei, że tym razem się uda, ale nie! Musiało się nie udać! Jeszcze nigdy nie byłam tak spanikowana. Serce waliło mi jak oszalałe. Miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Nawet ucieszyłabym się, gdyby tak się stało. Dlaczego nawet? Ponieważ nie chciałam zostawić Mii na pastwę tego... czegoś. Nawet nie wiedziałam, jak nazywać Petera. On nie był człowiekiem!
— Bo nim nie jestem — zaśmiał się jak psychopata i popatrzył na mnie z wyższością. — Jestem sto razy lepszy niż wy, ludzie. Mali, słabi ludzie. Ja mogę wszystko, a wy? Nic. Zawsze będę od was o krok i więcej dalej. Jestem niezwyciężony.
— I nienormalny. Zaraz... Źle powiedziałam. — Udałam zamyśloną. — Jesteś psychopatyczny!
No i resztki odwagi prysły jak bańka mydlana...
— Jesteś odważna, mówiąc mi takie słowa — powiedział z zadowoleniem. — I podoba mi się to.
Zaczął iść pewnym krokiem w moją stronę. Szybko opamiętałam się i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Przypominało mi to zabawę w kotka i myszkę. Z jednym wyjątkiem. W tamtej chwili nie było mi do śmiechu. Peter w nienaturalnie szybkim tempie znalazł się blisko mnie i stanął mi na drodze. Przełknęłam ślinę. Odwróciłam się na pięcie, by pobiec w inną stronę, ale ledwo to zrobiłam, a już ponownie pojawił się przede mną, przez co wpadłam na niego. Chciałam się odsunąć, ale złapał mnie za ramiona i uśmiechnął jak szaleniec.
— To nie będzie bolało — powiedział, a ja patrzyłam na jego usta z szokiem wymalowanym na twarzy.
„Już to gdzieś słyszałam”, pomyślałam.
Mężczyzna zaśmiał się, znowu. Przynajmniej w tamtym momencie go za takiego uważałam. Był nienormalny! Inaczej nie było można powiedzieć o takim człowieku. O ile nim był.
— Zostaw mnie! — pisnęłam głosem przerażonej dziewczynki.
Przeszedł mnie silny dreszcz, gdy jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach. Serce zaczęło mi szaleć jeszcze bardziej, aż zaczęło mnie boleć. Chciałam zniknąć. Już chyba bardziej wolałam znajdować się w towarzystwie jakiś gangsterów, niż tego psychopaty.
— Zrobimy to szybko. — Puścił mi oko.
Zaczęłam się szarpać i na wszelki sposób mu wyrywać, jednak moje usilne próby szły na marne. Gdy Peter pokazał swoje kły, niemal padłam trupem. Z bliska wyglądały jeszcze bardziej przerażająco. Otworzyłam szeroko oczy. Na czole zaczęły mi się pojawiać pojedyncze krople potu. Oddech stał mi się szybszy i płytszy. Miałam problemy ze złapaniem powietrza. Niemal się dusiłam.
— Nie krzycz i nie rób nic głupiego — powiedział, patrząc w moje tęczówki.
Gdy twarz wychowawcy znajdowała się coraz bliżej mnie, bałam się coraz bardziej. Zamknęłam oczy, jednak nie dawałam za wygraną i wciąż próbowałam się wyrwać z jego stalowego uścisku. Na szyi poczułam zimny oddech, w wyniku czego przeszły mnie ciarki. Nie minęła chwila, a poczułam jak coś boleśnie wbija mi się w skórę. Pomieszczenie wypełnił mój przeraźliwie głośny wrzask, a ból wręcz powalał mnie z nóg. Zacisnęłam dłonie w pięści na rękach wychowawcy, jakby to miało w czymś pomóc. Miałam wrażenie, że uchodzi ze mnie całe życie, choć najzwyczajniej w świecie powoli słabłam. Odważyłam się, by kopnąć faceta w krocze, zazwyczaj działało, lecz tym razem Peter jedynie znieruchomiał. Wykorzystałam okazję i wyrwałam się z jego uścisku, ciężko przy tym dysząc. Bolały mnie ramiona, a po szyi spływała mi ciepła ciecz. Odruchowo złapałam się za ranę, a gdy spojrzałam na dłoń, znajdowała się na niej krew. Zerknęłam na Petera.
Jego oczy były czarne jak smoła. Nie było widać białek. Wyglądało to ohydnie i gdybym tylko mogła, odwróciłabym wzrok, jednak to było tak bardzo hipnotyzujące... W ust wciąż sączyła mu się krew, która stopniowo skapywała na ziemię.
Niespodziewanie Peter uśmiechnął się szatańsko i w zadziwiająco szybkim tempie znalazł się przy mnie, niemal stykaliśmy się swoimi ciałami i nim zdążyłam zareagować, zostałam przez niego wgnieciona, inaczej tego nie mogłam nazwać, w ścianę. Bardzo bolały mnie plecy, ale jeszcze bardziej rana, w którą psychol ponownie się wgryzł. Tym razem bardziej zachłannie i gwałtownie. Sprawiał mi tym jeszcze większy ból, przez których z oczu popłynęły mi słone łzy. To była jakaś zemsta? Zaczęłam krzyczeć i rozpaczliwie wołać o pomoc, ale zdawało się, że nikt mnie nie słyszał. Szarpałam się, lecz to jedynie pogarszało sytuację. Kopałam i biłam swojego oprawcę, ale to też było na nic. Dosłownie jakbym siłowała się ze skałą.
W pewnym momencie Peter rzucił mną jak szmacianą lalką i wylądowałam na podłodze. Jęknęłam. Miałam ciężki oddech. Drżącą dłoń przyłożyłam do rany, po czym zaczęłam odsuwać się od Petera, uważnie go obserwując.
— Miałaś nie krzyczeć — powiedział donośnym głosem.
— Czym ty jesteś?! — wydarłam się.
Z oczu płynęły mi łzy, które rozmazywały mi obraz. Miałam ochotę skulić się w jakimś kącie i płakać. Czułam się bezsilna. Z nim nie miałam żadnych szans. Byłam przy nich jak piórko. Lekkie, miękkie, kruche...
Z uwagą obserwowałam, jak Peter podchodzi do drzwi, wyciąga z kieszeń spodni mały klucz, po czym otwiera na oścież wejście. Przez dłuższą chwilę wahałam się, czy wyjść. Przecież równie dobrze mógł być to jakiś podstęp, jednak bardzo chciałam uciec i znaleźć jak najdalej od tego psychola, dlatego wybiegłam z pomieszczenia, nie zważając na konsekwencje.
— Już niedługo spotkamy się ponownie — krzyknął za moimi plecami.
Przeszły mnie ciarki. „Po moim trupie!”, pomyślałam.  Nawet nie obejrzałam się za siebie. Wbiegłam po dość stromych i zniszczonych schodach na samą górę. Musiałam przyznać, że wybrał sobie niezłe miejsce na torturowanie innych. Wątpiłam, że ktoś zapuszczał się w takie miejsca, jak tamto pomieszczenie. W dodatku ściany były obskurne i wilgotne, więc to na pewno odstraszało.
Gdy znalazłam się na górze, zamknęłam za sobą drzwi. O dziwo zostały pomalowane na kolor ścian, czyli żółty. Pewnie dlatego zawsze mijając to miejsce nie zauważyłam ich. W dodatku świetny kamuflaż stanowiły rysunki namalowane przez dzieci, które były do nich przyczepione. Najbardziej zdziwiło mnie, że w drzwiach znajdował się klucz. Chwilę stałam w bezruchu i nieobecnym wzrokiem wpatrywałam się w nie, po czym zdecydowałam się, by zamknąć wejście. Przekręciłam dwa razy klucz, pozostawiając na klamce pozostałości po krwi, jednak nie zwróciłam na to uwagi i po prostu uciekłam.
Biegłam ile miałam sił w nogach, byleby jak najszybciej znaleźć się z dala od miejsca zdarzenia. Rana na szyi wciąż mnie piekła i miałam wrażenie, że nadal się sączy, choć tak wcale nie było. Dobiegłam do pokoju pielęgniarki. Od razu wpadłam do pomieszczenia, jakby ktoś mnie ścigał, a co najśmieszniejsze — miałam takie przekonanie. Kobieta popatrzyła na mnie spod dużych okularów, które, musiałam przyznać, że jej pasowały. Krótkie, proste włosy swobodnie opadały jej na ramiona, a ich czerń była jak węgiel. Patrzyła na mnie swoimi niebieskimi oczami, które ładnie kontrastowały się z włosami i uśmiechnęła się lekko oraz zachęcająco.
— W czym mogę pomóc? — zapytała miłym głosem.
Nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Próbowałam, ale gdy tylko otworzyłam usta, nic się z nich nie wydobywało oprócz ciężkiego sapania. Wskazałam jedynie na ranę, która nadal dawała o sobie znać. Kobieta zmarszczyła czoło i od razu do mnie podeszła. Syknęłam, kiedy dotknęła mojego okaleczenia.
— Przepraszam — powiedziała szczerze.
Podeszła do szafki. Przez jakiś czas stała w miejscu i przeszukiwała półki, po czym coś z jednej wyciągnęła. Jak później okazało się, był to opatrunek, który chwilę później dała mi na ranę, wcześniej ją dezynfekując. Nawet mnie nie bolało. Kobieta miała z tym wprawę i z nadzwyczajną delikatnością i sprawnością nałożyła mi go. Byłam pełna podziwu.
— Gotowe — odparła krótko i uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Nie zapyta się pani, co mi się stało? — Byłam w szoku.
— Nie. — Nagle się rozpromieniła. — To u nas normalne rany.
„Że co?!”, wydarłam się w myślach i wytrzeszczyłam oczy. Zaczęłam uważnie jej się przyglądać i próbowałam doszukać się w niej cienia kpiny. Lekko przechyliłam głowę na bok i spojrzałam w jej głęboko w oczy. Było w nich coś dziwnego. Oprócz szczerości oczywiście. Miałam wrażenie, że wokół źrenic znajduje się ciemnoniebieska obwódka. Była niemal niewidoczna z kolorem błękitu jej oczu, jednak gdy się dobrze przyjrzało, było inaczej. Zastanawiałam się, czym to mogło być spowodowane. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś podobnym, więc to stało się dla mnie czymś nadzwyczaj ekskuzującym.
— Jednak nie są tak poważne... Musiałaś się szarpać — kontynuowała, wyrywając mnie tym samym z głębokiego zamyślenia. — Następnym razem radziłabym tego nie robić, bo to nie przelewki. Ciesz się, że skończyło się tylko tak.
— A jak mogło inaczej? — zapytałam z zaciekawieniem, ale i strachem.
— Śmiercią, kochanie. Oczywiście jak go zdenerwujesz. — Posłała mi uśmiech.
Wstrzymałam oddech. W moich oczach momentalnie stała się taka, jak on. Psycholka! Jak można mówić takie rzeczy? Przecież to nienormalne i chore! Serce biło mi szybciej, niż powinno. Krył się w nich niepokój, a zrazem zawód.
— Mówisz o tym, jakby to było normalne — powiedziałam z niedowierzaniem.
— Bo to jest normalne. — Zaśmiała się dźwięcznie. — Każdy ci to powie.
— On pił ze mnie krew! — pisnęłam z obrzydzeniem.
Przed oczami stanęła mi tamta scena. Wszystko szczegółowo zapamiętałam, nawet czułam na skórze dotyk jego dziwnie gładkich palców i chłodny oddech. I słyszałam jak echo wciąż powtarzające się słowa: „To nie będzie bolało”. To nie będzie bolało? Chyba musiałam się przesłyszeć, bo w praktyce okazało się to nadzwyczaj bolesne. Jego słowa były puste i nieszczere. Okłamał mnie, a w dodatku zrobił sobie ze mnie darmowe jedzie. Stałam się jego przekąską! Może jeszcze miałam mu służyć jako podwieczorek? Ile to wszystko miało trwać? Dopóki nie wypije ze mnie całej krwi? Może tak naprawdę chciał mnie zabić? Może zdążył już przyczynić się do sporej ilości śmierci? Może te niewinne osoby były też małymi, bezbronnymi duszyczkami? Mia... Ta myśl spowodowała, że zaczęłam się o nią strasznie martwić. Jednak zanim wyszłam, zapytałam pielęgniarki:
— Czym on jest?
— Nie wiem.
Wyglądała jak w jakimś transie. Podniosłam brwi, symulując zaskoczenie i wyszłam z pomieszczenia, powstrzymując się przed trząśnięciem drzwiami. Od razu skierowałam się do swojego pokoju. Mijałam beznamiętne twarze, których właściciele nawet nie zwracali na mnie uwagi. To nawet dobrze. W ciągu paru sekund znalazłam się w celu, ale... nigdzie nie było Mii. Wstrzymałam oddech i rozejrzałam się dookoła. Mój wzrok zaglądał w każdy, nawet najmniejszy zakątek. Wydawało mi się, że podczas drogi nie minęłam jej. A jeśli coś jej zrobił?! Z mocno bijącym sercem jednym susem znalazłam się przy oknie. Otworzyłam je na oścież i wyjrzałam na zewnątrz. Czas niemiłosiernie mi się dłużył, ale na szczęście znalazłam siostrę, która bawiła się z koleżankami i odetchnęłam z niewyobrażalną ulgą. Mimo to miałam cel — musiałam z Mią jak najszybciej uciekać, a najlepiej to przydałaby się pomoc.
— Tyler — wypowiedziałam na głos.
Zaczęłam szukać po całym pokoju swojego telefonu. Przewartowałam cały i to go nie znalazłam. Nawet sprawdzałam pod łóżkiem, w szafkach i pod dywanem. Nigdzie go nie było. Przecież nie mógł wyparować! I to wcale nie taka mała rzecz. Ze zdenerwowania zabrałam się za obgryzanie paznokci, co zdarzało się bardzo rzadko. Niemal wcale. Czułam, jak do czoła lepią mi się włosy. Zgarnęłam zabłąkane kosmyki włosów za ucho.
— Tego szukasz?
Naprężyłam się jak struna i w ślimaczym tempie zwróciłam się w stronę osoby stojącej w drzwiach. Peter obracał w dłoniach nie co innego, jak właśnie mój telefon. Ogarnęła mnie wściekłość, jednak za bardzo bałam się, żeby cokolwiek zrobić, by odzyskać własność. Schowałam dłonie za siebie i zacisnęłam je z całej siły w pięści.
— Jak stamtąd wyszedłeś? — zapytałam, marszcząc przy tym brwi.
— Nie doceniasz mnie. — Puścił mi oko.
— To należy do mnie — zmieniłam temat rozmowy i wskazałam na swoją własność.
— Kto tak powiedział? — Podniósł jedną brew.
— Ja — odparłam cicho.
Peter uśmiechnął się. Dopatrzyłam się w nim pogardy do mnie. Gdyby nie był tym kimś, to pewnie wyzwałabym go od najgorszych, jak to miałam w zwyczaju, jednak zaczynałam się bać nawet swojego cienia. To nie było normalne. Chciałam stamtąd zniknąć, a najlepiej to znaleźć się w domu w towarzystwie ciepłego grona rodziny... Żałowałam, że to mnie nie czekało.
Zobaczyłam przed oczami twarze rodziców. Były takie, jak je zapamiętałam. Uśmiechnięte, a w ich oczy tańczyły wesoło iskierki szczęścia. Czego można było chcieć więcej? Miałam nadzieję, że gdzieś tam na górze byli szczęśliwi. Mogli być wściekli za moje zachowanie, wcale im się nie dziwiłam, ale głęboko w sobie kryłam malutką wiarę, że kiedyś będą ze mnie dumni.
— Twój rycerz na białym koniu nie przyjdzie. — Głos Petera dochodził do mnie powoli.
— Co? — Nie rozumiałam, o co mu chodzi.
— Tyler nie żyje — powiedział poważnie.
Niemal zachłysnęłam się powietrzem. W sercu poczułam niepokój i niedowierzanie. Chwilo miałam wrażenie, że świat się zatrzymał. Słowa z jego ust brzmiały nieprawdopodobnie, ale za razem były tak dobitne, że miałam wątpliwości.
— Nie wierzę ci! — krzyknęłam mimo to.
W oczach pojawiły mi się łzy. Nie zdarzało mi się płakać, gdy dowiadywałam się o śmierci kogoś nie z rodziny, a tym bardziej osoby, która jeszcze niedawno była moim wrogiem. Może stało się tak, ponieważ Tyler został moją ostatnią nadzieją? Tylko on wiedział, kim tak naprawdę jest Peter. Jedynie on mógł mi pomóc, bo reszta wydawała się nie widzieć problemu w tym, że wychowawca domu dziecka jest potworem.
— To uwierz — szepnął.
Wzdrygnęłam się i spojrzałam na niego spod przymrużonych oczu. Tyler musiał żyć. Przecież jeszcze niedawno widziałam go całego i zdrowego! Nie mógł zostać zabity, bo nie wyglądał na typ człowieka, którego jest łatwo wyeliminować. Jednak jeśli miał styczność z Peterem... Ten to dopiero był niebezpieczny.
— Wyjdź stąd — powiedziałam z największym jadem, na jaki tylko było mnie stać.
Uśmiechnął się kpiąco, już po raz kolejny, po czym najzwyczajniej w świecie wyszedł, pewnie będąc szczęśliwym, że udało mu się mnie pogrążyć.




Hejo kochani! :3
Jak wrażenia po rozdziale? Mi pisało się go nadzwyczaj przyjemnie (szczególnie początek)! To raczej jeden z tych, co kiedykolwiek napisałam (nie tylko na tym blogu), który mi się podoba, choć do końca zadowolona nie jestem. Czasami po prostu mam wrażenie, że coś mogłam rozegrać inaczej... Ale mówimy o czymś innym.
1. Jakie jest Wasze zdanie o początku rozdziału, kiedy to Peter ugryzł Carmen? To mnie ciekawi najbardziej :D
2. Co sądzicie o tej pielęgniarce? Podejrzewajcie, dlaczego tak się zachowywała?
3. Carmen zaczyna myśleć o ucieczce z domu dziecka. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Uda jej się, czy nie?
4. No i sprawa z Tylerem... Zaskoczyłam Was? xD
Cóż... Chciałabym prosić, by każdy, kto przeczytał rozdział, skomentował. Nawet dał jakąś kropkę, bym ja i Mara♥ wiedziały, że jesteście. Nie chcę wymuszać na Was komentarzy, wiem, że nie wszyscy mają na to czas, ale nam nawet wystarczy, jak napiszecie chociażby: Przeczytałem/am. To miło, jak ktoś skomentuje. Chyba każdy się z tym się zgodzi. No bo w sumie na początku było Was 30. Ostatni post skomentowały tylko 3 osoby... No i za bardzo nie wiemy, co o tym z Marą♥ myśleć. Czy nas styl pisania jakoś się pogorszył? Może historia Carmen stała się nudna? Jeżeli jest jakiś powód tego, że tyle Was stąd zniknęło, to bardzo prosiłabym o napisanie (jeżeli to czytanie), bo tak to nie wiemy, co powinnyśmy zmienić. Będziemy bardzo wdzięczne, bo naprawdę chcemy dokończyć tę historię, szczególnie że mamy na nią jeszcze wiele ciekawych i zaskakujących pomysłów :D
No to... Do napisania! Pozdrawiam cieplutko! xoxo :***
...
A na koniec macie mojego Flasha i Arrowa ♥

Maggie

14 komentarzy:

  1. hejka :D Prawie na pewno pielęgniarka była zahipnotyzowana pod wpływem Petera. Myślę, że Carmen uda się uciec z sierocińca, ale nie tak od razu, jej opiekun na pewno będzie ja pilnował.Bardzo zaskoczona byłam śmiercią Tylera, ale mam nadzieje, że Peter okłamał Carmen, bo naprawdę go polubiłam.Fajnie by było gdyby główną bohaterkę odwiedził Luk, jego też bardzo lubię. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Pielęgniarka mogła zostać zahipnotyzowana przez Petera jeżeli on ma taki dar. Dlatego się tak zachowywała.
    A tylera mógł Peter zabić. Obydwaj się nie lubili, Tyler miał kontakt z Carmen i Peterowi się to nie spodobało.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta scena ugryzienia jest genialnie opisana :3 pielegniarka pewnie jest pod hipnoza tego psychola, mam nadzieje ze Carmen uda sie uciec i ze Tyler jednak zyje xD rozdzial swietny jak zawsze <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Kropka, przecinek, kropka PRZECZYTAŁEM :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też tu jestem, choć ostatnio zapomniałam zostawić komentarz, wybaczcie. :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam i jestem. Mam tyle na głowie, że nawet nie pamiętam u kogo zostawiłam komentarz. Rozdział genialny, czytało się go lekko, jednakże nie z obojętnością ;) Emocje, były i za to duży plus ode mnie :3 ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Odcinek genialny, akcja sie rozwija. Mysle, ze kazdy w tym osrodku taki jest tylko sie z tym ukrywaja ;) /Kasia

    OdpowiedzUsuń
  8. Odcinek ekstra! Peter od poczatku byl podejrzany, tak jak reszta uwazam, ze ta pielegniarka jest pod wpływem hipnozy. ~Martyna
    (Nie chce mi sie logować na konto xd)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej hej :) super piszecie :) oby tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  10. kiedy dodacie nowy rozdział ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mara jest w trakcie pisania. Najpóźniej do weekendu powinien się pojawić :D
      Pozdrawiam cieplutko! xoxo :***

      Usuń
  11. Noooo to ostro! Yeah! Jest akcja. I to ugryzienie. Genialnie wyszlo 😉
    Pielegniarka jest podejrzana... W ogole wszystkie pielegniarki sa jakies odstraszajace xD za duzo sie naoglądalam filmikow na yt Silent Hill 😃 oby Carmen udalo sie wydostac stamtąd 😢

    OdpowiedzUsuń