wtorek, 22 marca 2016

Rozdział 18


                Wróciłam do domu dziecka cała zestresowana. Tyler długo próbował mnie uspokoić, wytłumaczyć, że nic mi już nie grozi, jednocześnie żałując, że nie skopał Jacksona bardziej. Mówił, że jestem bezpieczna, zaprzeczając samemu sobie. Ja nigdzie nie byłam bezpieczna. Przebywając poza budynkiem lękałam się tego gnojka. Będąc w domu dziecka wszystko robiłam niespokojna. Nie spuszczałam Mii z oka nawet na chwilę. Najchętniej cały dzień siedziałabym w pokoju przytulając siostrę, ale to było niemożliwe. Masa bezsensownych i głupich zajęć zaczynała mnie przytłaczać. Na domiar złego, gdziekolwiek poszłam, czułam, jakby ktoś mnie śledził. Zaczynałam wariować.
            Leżałam bezcelowo na łóżku od godziny i nadal nie miałam siły wstawać. Na szczęście weekend przyszedł szybko i nie musiałam zrywać się wcześnie. Mia od rana męczyła mnie, że chce pobawić się z kolegami. Nie chciałam jej nigdzie samej zostawiać, nawet na terenie ośrodka, ale nie mogłam jej wiecznie trzymać przy sobie. Potrzebowała trochę swobody, więc tym razem postanowiłam się zgodzić.
            Nagle ktoś zapukał do pokoju. Trochę wzdrygnęłam się z powodu przerwanej ciszy, ale szybko opanowałam nerwy. Niechętnie przerwałam dotychczasowe rozmyślenia i podniosłam się do pozycji siedzącej.
            — Proszę.
            Drzwi z cichym skrzypnięciem otworzyły się. Powoli wyłoniła się zza nich jakaś postać. Na widok Petera przeszły mnie ciarki, ale nie chciałam pokazywać strachu. Zmusiłam się do nikłego uśmiechu i spróbowałam unormować oddech.
            — Dzień…
            — Cześć — przerwał mi i usiadł obok mnie na łóżku.
            Poczułam się jeszcze bardziej niepewnie, ale w myślach powtarzałam sobie, że przecież nic mi nie grozi. Nie zrobi mi nic w biały dzień. Chociaż… Byliśmy sami w pokoju. Szybko spojrzałam na drzwi. Zamknięte. Popadam w paranoję, mówiłam sobie w myślach.
            — Wszystko dobrze? Jesteś jakaś nieswoja. — Zaczął się we mnie wpatrywać, jakby prowadził jakąś obserwację.
            Tak, jasne. Poza tym, że siedzi koło mnie koleś, który najprawdopodobniej jest jakimś psychopatą, a ja nie wiem, czego ode mnie chce, wszystko gra.
            — W porządku, jestem po prostu trochę zmęczona — odpowiedziałam i wzruszyłam niewinnie ramionami.
            Mężczyzna uniósł wysoko brwi, jakby mi nie wierzył.
            — Właśnie o tym przyszedłem z tobą porozmawiać.
            — O tym, że się nie wyspałam? — zapytałam zdziwiona, a on prychnął pod nosem.
            — Nie, Carmen. Nie wyspałaś się dlatego, że wróciłaś późno. O wiele za późno. Nie tak się umawialiśmy.
            Po tym, jak wczoraj zaatakował mnie Jackson, byłam całkowicie roztrzęsiona. Tyler z powrotem zaciągnął mnie do siebie, zaparzył herbatę i takie tam. Długo starał się mnie uspokoić, ale to nie było takie proste. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, która jest godzina, ale i tak byłam grubo spóźniona. Do ośrodka wróciłam prawie o dwudziestej drugiej. Właściwie to nie taka późna pora, więc się wyspałam, ale widocznie dla Petera to jednak za późno.
            — Przepraszam — powiedziałam.
            — Gdzie i z kim tak długo byłaś?
            Miałam już mówić, że z kolegą, ale na szczęście w porę ugryzłam się w język. Nie mogłam tak powiedzieć. Peter już widział, jak rozmawiam z Tylerem, więc pewnie od razu by się domyślił. Skoro z jakiegoś powodu się nie lubią, wolałam nie ryzykować i nie mówić prawdy. To mogłyby zaszkodzić mi, ale też Tylerowi.
            — U koleżanki — odpowiedziałam, przybierając pewny ton głosu.
            Chwilę wpatrywał mi się w oczy i miałam wrażenie, że wie, że kłamię. Ta chwila zdawała się trwać wieki.
            — Rozumiem, tym razem ci odpuszczę, ale to ma się więcej nie powtórzyć.
            Zbił mnie z tropu.
            — Będę się zbierał. Może wyjdziesz na pole? Jest ładna pogoda — dodał, wstając z łóżka.
            — Później — odparłam tylko, a kiedy mężczyzna wyszedł, znowu się położyłam i pogrążyłam w myślach.
            Chwilę odpoczęłam myśląc o tym, co powinnam robić. Uciekać? Po tym, jak zaproponował mi to Tyler, przemknęło mi to raz, może dwa, przez głowę, ale szybko odpędzałam od siebie ten pomysł. Gdybym była sama, zrobiłabym to bez wahania, właściwie nawet by mnie tu nie było. Już wcześniej nie zgłosiłabym się na komisariat. Nie chodziło o to, że Mia jest jakąś przeszkodą, ale po prostu nie mogłam jej znów ciągnąć za sobą po jakichś krzakach. To w ogóle nie wchodziło w grę. Z drugiej strony miałam bardzo silną ochotę poznać tę tajemnicę Tylera, Petera… Po prostu musiałam wiedzieć co dzieje się dookoła mnie, a niestety nie miałam takiej możliwości. Nikt nie chciał mi nic wyjaśnić.
            Kiedy tylko sięgnęłam po telefon, od razu zaczął wibrować. Zobaczyłam, że to Tyler i chwilę zajęło mi zastanowienie, czy powinnam odebrać. Peter mógł wejść w każdej chwili. Nie mogę się ciągle bać — pomyślałam i odebrałam.
            — Halo? — odezwałam się.
            — Wszystko dobrze?
            — Tak, dlaczego pytasz?
            — Ktoś, a dokładniej ten idiota, przed chwilą był u ciebie w pokoju — oznajmił jakby nigdy nic.
            Zerwałam się na równe nogi.
            — Skąd ty o tym wiesz?
            — Jeśli chciałaś, aby nikt nie widział, trzeba było zasłonić rolety.
            Jak oparzona podbiegłam do okna. Chwilę się rozglądałam, aż w końcu moim oczom ukazał się czarny sportowy samochód. Gdybym się nie powstrzymała, otworzyłaby szeroko szczękę. Wczoraj był po mnie innym samochodem. Zawsze wiedziałam, że pieniędzy nie brakuje w jego rodzinie, ale byłam nieźle zdziwiona widząc samochód. Chłopak siedział za kierownicą głupkowato się uśmiechając.
            — Wszedłbym, ale chyba nie jestem mile widziany — powiedział patrząc na mnie.
            — Gdybym mogła to sama bym wyszła. — Odwzajemniłam uśmiech.
            — Dlaczego tego nie zrobisz?
            Odeszłam od okna i podrapałam się po karku.
            — Wczoraj trochę za późno wróciłam, a to, że idę do koleżanek, chyba już nie przejdzie — wytłumaczyłam.
            — Zawsze byłaś dobra w kłamaniu, ale nie naciskam. Muszę skoczyć w jedno miejsce, do… może później — dodał na koniec i się rozłączył.
            Z tego wszystkiego nie zapytałam, dlaczego był pod oknem i obserwował mój pokój, ale miałam nadzieję, że niedługo się go o to spytam. Swoją drogą poczułam się trochę nieswojo. Może nie pierwszy raz tu był? Od tej pory zawsze będę zasłaniać okna.

***
 
            Reszta dnia minęła bardzo szybko. Nie poleżałam za długo, ponieważ Mia przyprowadziła do pokoju dwie koleżanki i razem bawiły się jej lalkami, które przywiozłyśmy ze starego domu. Przy wrzaskach nie dało się drzemać, więc zdecydowałam, że pójdę przejść się po placu, który był dość spory. Też nic ciekawego. Jedynie krajobraz jaki widziałam to ogrodzenie, plac zabaw i ulice. Jedno tylko nie dawało mi spokoju – cały czas czułam na sobie czyjś wzrok. Podczas wędrówki nieraz oglądałam się przez ramię, aby upewnić się, że nikt za mną nie idzie. Czułam się dziwnie, na dodatek muszę przyznać, że po prostu się bałam, dlatego wróciłam do pokoju.
            Siedziałam z Mią na łóżku. Ona układała puzzle, ale ja zawzięcie pisałam z Claire i Paulem. Nie umknęło ich uwadze, że zaczęłam się zadawać z Tylerem. To wywołało u nich dość spore zaskoczenie, ale nie mogłam dokładnie wytłumaczyć, dlaczego nagle zaczęłam utrzymywać kontakt z odwiecznym wrogiem i prześladowcą jeszcze z czasów przedszkola. Mnie natomiast zaskoczyło to, że Paul ma dziewczynę. Właściwie nic nowego, zawsze kogoś miał. Trudno się dziwić, jest przystojny. W każdym razie, zawsze mówił z kim się spotyka. Tym razem ani ja, ani Claire nie miałyśmy pojęcia. Z reguły było widać, kiedy ma kogoś na oku lub kto ma go na oku. Mimo to nic nie zauważyłam, właściwie nie miałam jak. Trochę ciekawiło mnie, dlaczego nie chciał nic powiedzieć, ale postanowiłam nie naciskać. Jeśli będzie chciał się z nami podzielić tą informacją, to zwyczajnie to zrobi.
            Powoli zaczynało się ściemniać, dochodziła dziewiętnasta. Oczywiście to jeszcze nie jest późno, ale regułom ośrodka nie można się przeciwstawić. Zbliżała się pora kąpania, a młodsze dzieci miały pierwszeństwo. Mia wzięła swój ręcznik, piżamy i szczoteczkę do zębów, po czym wymaszerowała z pokoju, a ja zostałam sama. Postanowiłam się odprężyć i posłuchać trochę muzyki. Niestety, spokój nie trwał długo, bo usłyszałam pukanie do drzwi. Szepnęłam ciche proszę i byłam przekonana, że to siostra czegoś zapomniałam. Na moje nieszczęście w drzwiach ujrzałam znienawidzoną osobę – Petera.
            — Przyjdź za jakieś pić minut do mojego gabinetu, muszę jeszcze pomóc coś zrobić w kuchni. Powinniśmy porozmawiać — powiedział przyjaźnie.
            — O czym? — zapytałam i ugryzłam się w język widząc jego minę.
            — Jak przyjdziesz, to się dowiesz — dodał na koniec i zamknął za sobą drzwi.
            Pięć minut? Trochę za mało, abym mogła się w pełni przygotować psychicznie. Zdałam sobie jednak sprawę, że nie mam wyboru i muszę tam iść. Nie byłam tylko pewna dlaczego, bo przecież już wyjaśniliśmy sobie wszystko dzisiaj rano. No, ale trudno. Musiałam dać radę.
            Wstałam, otrzepałam odruchowo spodnie i wyszłam z pokoju. Korytarze, jakimi szłam, zdawały się nie mieć końca. Mimo wszystko cieszyłam się, że droga zajmuje mi tyle czasu, bo nie chciałam wchodzić do jego gabinetu.
            Wreszcie stanęłam przed drzwiami pokoju Petera. Wzięłam kilka głębszych wdechów i zapukałam. Kiedy usłyszałam, że mogę wejść, ostrożnie pociągnęłam za klamkę, wchodząc do środka. Peter siedział za biurkiem, które stało na środku pomieszczenia.
            — Usiądź — powiedział i wskazał na krzesło przede mną.
            Zrobiłam, jak kazał.
            — Cieszę się, że przyszłaś.
            — O czym chciałeś rozmawiać? — przeszłam od razu do sedna sprawy.
            Na twarzy mężczyzny pojawił się nikły uśmiech. Nie miałam pojęcia co go wywołało. Nagle Peter wstał, ale ciągle był po drugiej stronie biurka.
            — Wiem, że za mną nie przepadasz. — Opuścił dawne miejsce i podszedł do okna, siadając na parapecie. — Wiem też, że spotykasz się z kimś, z kim nie powinnaś.
            Poczułam się dziwnie, ale równocześnie trochę się uspokoiłam. Pewnie będzie ze mną rozmawiał o tym, że nie powinnam zadawać się z Tylerem.
            — I wiem, że coś wiesz — dodał, całkiem zbijając mnie tym z tropu.
            — Nie do końca rozumiem — powiedziałam zgodnie z prawdą.
            Znowu się uśmiechnął, ale tym razem szyderczo.
            — Zaraz zrozumiesz. — Puścił mi oko.
            Odszedł od parapetu i zaczął krążyć po pokoju. Czułam się jeszcze bardziej niepewnie, bo nie wiedziałam, z której jest strony. Starałam się nie spuszczać go z oka. Bałam się coraz bardziej. On nie jest normalny.
            — Najważniejsze – Tyler miał rację. Wszystko, co ci mówił, było prawdą.
            — Skąd wiesz co mi mówił?
            — Nie wiem, ale na pewno cię ostrzegał. — Podszedł do drzwi i przekręcił kluczyk, chowając go do kieszeni. — I słusznie.
            Poczułam, jak przechodzą mnie dreszcze.
            — Co ty wyprawiasz? — zapytałam, starając się zachować spokój.
            — Nie bój się, to nie potrwa długo. Chcę ci tylko wytłumaczyć pewne rzeczy. Wracając więc do Tylera, mądry chłopak. Do wszystkiego doszedł sam.
            Nachylił się nade mną z tyłu, trzymając za ramiona. Przeszły mnie dreszcze.
            — Bo widzisz, Carmen… Nie jestem jak większość. Jestem lepszy.
            Znowu zaczął chodzić po pokoju.
            — Dom dziecka to tylko przykrywka. Postanowiłem się tu wkręcić, bo nieraz słyszałem od znajomych, że to czysty bank krwi.
            — Krwi? — zapytałam histerycznie. — Ty jesteś psychopatą!
            — Nie, nie, spokojnie, kochanie. Zaraz ci się rozjaśni. Ja nie jestem psychopatą. Daj mi skończyć. Jak już mówiłem, to bank krwi. Trafiają tu ludzie z najrzadszymi, najlepszymi grupami. Ale nie martw się, twojej siostry nie dotknę. Widzisz, mam pewne zasady. Interesuje mnie tylko młodzież od szesnastu lat. Nie młodsi. Teraz powiem o tobie – masz siedemnaście lat i bardzo rzadką, niesamowicie aromatyczną krew. Gratuluję, przeszłaś eliminacje! — powiedział z nienormalnym uśmiechem i nienaturalną radością w głosie.
            W głowie zaczęłam powoli układać plan ucieczki. Musiałam tylko poczekać na odpowiedni moment.
            Peter z niezwykłą łatwością odsunął moje krzesło tak, że stało naprzeciwko niego. Siedziałam tuż przed nim.
            — Nie będziesz krzyczeć — szepnął patrząc w moje oczy, a ja nie bardzo wiedziałam, o co chodzi.
            Byłam pewna jednego – zamknięcie w jednym pokoju z psychopatą nie świadczy o niczym dobrym.
            Mężczyzna zaczął patrzeć na mnie, jakbym była… jedzeniem? Nagle jego oczy zrobiły się całe czarne. Razem z białkami. Odchylił gwałtownie moją głowę i zgarnął włosy. Chciałam krzyczeć w niebogłosy, ale nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie miałam pojęcia co ze mną zrobił i co zaraz uczyni. Zaczęłam się wiercić, próbować go od siebie odepchnąć, ale nie mogłam. Kiedy otworzył szeroko usta, zobaczyłam… kły. Nie wiedziałam, co robić, zaczęłam po prostu działać. Kopnęłam go kilka razy, ale nawet nie drgnął. W pewnym momencie przypomniałam sobie, że w kieszeni ma klucze. Zaczęłam się rozglądać. W pobliży nie było nic, czym mogłabym go zaatakować. Nie, chwila. Na biurku leżał ołówek. Sięgnęłam po niego i długo nie myśląc wbiłam mu go w klatkę piersiową. Odsunął się ode mnie, a jego oczy wróciły do normalnego koloru. Oddychałam ciężko, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Wstałam z krzesła i jak najszybciej wyrwałam kluczyk z jego kieszeni. Podbiegłam do drzwi i mimo trudności z powodu drżących rąk, przekręciłam kluczyk i wybiegłam na korytarz. Pędziłam przed siebie niebezpiecznie szybko. Panikowałam. Strach dodawał mi prędkości. Nawet nie oglądałam się za siebie. W pewnym momencie poczułam, jak ktoś łapie mnie od tyłu. Odwróciłam się i zobaczyłam jedną z opiekunek, a za jej plecami Petera. Więcej nie pamiętam, dostałam czymś w głowę i straciłam przytomność. 

Witam, witam! 


Dość długo nie było rozdziału, mam nadzieję, że ktoś jeszcze tu jest ;) Przepraszam za nieobecność, ale mam natłok kartkówek, dodatkowo wkręciłam się w nowy serial, więc... 


 Wracając do rozdziału, wiem, ze nie do końca mi wyszedł. Na początku trochę przynudzanie, ale nie chciałam od razu przejść do punktu kulminacyjnego ;D 
Nie za bardzo wiedziałam też jak opisać tę sytuację z Peterem, więc to chyba też jakieś takie nijakie... No, ale jest. 
Mam niesamowicie dobry humor, bo siedzę w domu! ;D Pomińmy chorobę... 
Jak myślicie, co będzie dalej z Carmen? ;) 
Czekam na Wasze komentarze!! 

(ta postać to psychopata, nawet za bardzo za nim nie przepadam, ale zawsze się śmieję jak na niego patrzę xD) 

Jacyś fani GoT?? :D



4 komentarze:

  1. Ale tu mnie zaskoczyłaś!! Już myślałam, że Peter zrobi z niej obiad. Z początku myślałam, że z nią tylko porozmawia, ale kiedy zamknął drzwi na klucz od razu zorienrowałam się, że coś tu nie gra. Czyli jednak Tyler miał rację. Ciekawe co się stanie dalej z Carmen. Może gdzieś ja porwie i będzie trzymał w jakieś piwnicy :p Czekam na nn i pozdrawiam!! :*
    Zapraszam również do siebie :)
    palace-to-crumble.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Peter już wie że Carmen spotyka się z Tylerem no i widać, że mu się to nie podoba. Oni chyba muszą się nie lubić z jakichś powodów.
    Jak Peter jest wampirem i wypija krew dzieci to ile ich w ten sposób zabił.
    Dobrze że Carmen próbowała uciec stamtąd.

    \Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale mi się ten rozdział podobał! Akcja się rozwija, wszystko idzie w dobrym kierunku, oby tak dalej! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No. Widzę nute złości Petera. Pn jest niebezpieczny, jego zachowanie jest totalnie podejrzane. Aż strach pomyslec co sie stanie. Tyler mial racje od poczatku :/

    Dawny Wesoly Kostek 😉

    OdpowiedzUsuń