piątek, 4 marca 2016

Rozdział 17


Dziwnie czułam się po pogrzebie rodziców. Miałam mieszane uczucia. Nie chciałam tak szybko ich chować. Miałam dopiero siedemnaście lat, a Mia? Po uroczystości zrobiła się bardzo cicha. Nawet nie odpowiadała na zadane do niej pytania. Jedyne co to tylko kiwała głową albo szeptała coś niezrozumiałego pod nosem. Wiedziałam, że przeżywała to wszystko jeszcze bardziej niż ja. Miałam nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży i na powrót na twarzy mojej siostry zagości uśmiech.
Po wyjściu moich przyjaciół poczułam się... samotna? Owszem. Była ze mną Mia, jednak brakowało mi tych wszystkich chwil, które spędziłam ze znajomymi. Teraz byłam zależna od zasad panujących w domu dziecka, co niekoniecznie mi się podobało, gdyż niektóre rzeczy były zabronione. Nie chciałam czegoś źle zrobić, by Mia przeze mnie nie miała żadnych kłopotów. Poza tym obiecałam jej, że nie zrobię niczego głupiego i nie przemyślanego. Co jak co, jej nie mogłam oszukać. Miała tylko mnie i nikogo więcej. Przecież nikt nie zastąpi nam rodziców...
Ukradkiem zerkałam na zegarek wiszący na ścianie pokoju. Powili dochodziła piętnasta i spotkanie z Tylerem. Bardzo mnie ciekawiło, co miał mi do powiedzenia. Już przez długi czas wyglądałam przez okno. Było jeszcze przed czasem, a ja miałam dziwne obawy, że Tyler jednak się nie pojawi. Może zapomniał? Ale sam zaproponował spotkanie. Nie mogło mu to wyparować z głowy... Jeszcze bardziej obawiałam się pójść do wychowawcy. Ten facet budził we mnie uczucia, przez które najzwyczajniej w świecie bałam się. Czy to dziwne?
— Mia? — zwróciłam się do siostry, a ta popatrzyła na mnie smutnymi oczami. — Na chwilę muszę wyjść...
Za bardzo nie wiedziałam, jak mam to wszystko ubrać w słowa. Nie chciałam zostawiać siostry samej, ale koniecznie musiałam spotkać się z Tylerem. Nie mogłam tego zostawić. Jakiś cichutki głos mówił mi, że mimo wszystko powinnam iść, bo to bardzo ważne.
— Gdzie? — zapytała cienkim głosem i przytuliła się do mnie.
— No... — Zerknęłam gdzieś w bok. — Muszę pilnie się z kimś spotkać.
— Z kim?
— Z koleżanką — wypaliłam bez zastanowienia.
— Z Emily albo Claire? — Odsunęła się ode mnie, żeby mogła mieć lepszy widok na moją twarz.
Wahałam się, czy odpowiedzieć „tak”, czy „nie”. Nie chciałam jej oszukać. W końcu powiedziałam:
— Tak.
Dlaczego nie odpowiedziałam inaczej? Gdyby ktoś zapytał się Mii, z kim się spotkałam, odparłaby, że właśnie z przyjaciółkami. Tak byłoby bezpieczniej, szczególnie że Peter nie przepadał za Tylerem. Wolałam nie ryzykować.
— Musimy o czymś porozmawiać.
— Kiedy wrócisz? — zapytała, zgarniając z czoła grzywkę.
— Wydaje mi się, że godzinka, dwie najwięcej — zastanawiałam się na głos.
— Dobrze.
Uśmiechnęłam się lekko. Wychodząc z pokoju jeszcze przez chwilę na nią patrzyłam, po czym całkowicie zniknęłam za ścianą. Przez całą drogę zastanawiałam się, co powiedzieć wychowawcy. Na pewno musiałam wyglądać pewnie i nie mieć miny, jakbym coś kręciła. Najlepiej przydałby się beznamiętny wyraz twarzy. Bałam się, że w trakcie mówienia zatrzęsienie mi się głos. „Dobra Carmen! Teraz albo nigdy!” — pomyślałam, kiedy zobaczyłam Petera. Chrząknęłam, na co ten odwrócił się w moją stronę z badawczym spojrzeniem.
— Mogę wyjść? — zapytałam.
— Gdzie i z kim? — Podniósł brew.
— Umówiłam się z koleżankami — wysiliłam się na najbardziej pewny ton głosu, na jaki było mnie stać. — Do domu jednej z nich...
— Gdzie dokładnie? — dopytywał.
Czy on musiał o wszystkim wiedzieć?! Miałam ochotę go zbesztać za tą jego dociekliwość! Jedynie siłą woli powstrzymywałam się, żeby nie dać po siebie znać, że jestem zdenerwowana. Najchętniej krzyknęłabym mu w twarz coś w stylu „Nie twój interes!”. Byłam w szoku, że jeszcze nie wybuchłam. Gdyby starała przede mną mama, to na pewno tak by się stało.
— Kiedy wrócisz? — przerwał mi.
— Yyy... Za godzinkę, może dwie? — bardziej zapytałam, niż stwierdziłam.
— Punkt siedemnasta tutaj.
— Dobrze — bąknęłam pod nosem, powstrzymując wielki uśmiech, który pchał mi się na usta.
Starałam się iść normalnym tempem. Nie wiem czemu, ale strasznie trzęsły mi się nogi. Gdy wyszłam na zewnątrz, poczułam na pewien sposób ulgę. Tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego tak się denerwowałam. Przecież to było coś normalnego...
Mijając bawiące się dzieci nie zwracałam na nie uwagi, ale słyszałam radosne okrzyki i śmiechy. Miałam nadzieję, że Mia kiedyś dołączy do tego grona i będzie wraz z nimi się bawiła. Nie chciałam, żeby wciąż była smutna. Nie zasłużyła na takie życie. Ja tak, ale nie ona. Oddałabym wszystko, żeby to zmienić. Wciąż miałam poczucie winy, że rodzice zginęli, bo wcześniej pokłóciłam się z mamą. Tak bardzo chciałabym to zmienić, żeby przed tym panowała między nami zgoda. A może ich śmierć to była kara za te wszystkie rzeczy, które kiedykolwiek zrobiłam?
Na chodnik wyszłam dokładnie o piętnastej, gdyż do moich uszu doszedł dźwięk bijących dzwonów. Zdziwiłam się, bo nie ujrzałam Tylera. Przez chwilę myślałam, że wystawił mnie do wiatru. Nigdy nie darzyliśmy się sympatią, dlatego miałam prawno tak pomyśleć. Wytężyłam wzrok i w dali zobaczyłam machającą do mnie osobę. To był Tyler! Nie ukrywam, że na moją twarz wstąpił uśmiech zadowolenia. Pewnym, aczkolwiek nie za szybkim, krokiem zaczęłam iść w jego kierunku. Zdziwiłam się, gdy ten nie czekając ruszył w przeciwną do mnie stronę. Zaczęłam biec. W tym samym momencie zadzwonił telefon w kieszeni moich spodni. Gwałtownie zatrzymałam się, wciąż nie spuszczając Tylera z oczu.
— Halo? — zapytałam, nie wiedząc, kto dzwonił.
— Idź wolniej — usłyszałam znany głos. — I nie podchodź zbyt blisko mnie.
Pobiegłam wzrokiem po idących ludziach, aż zatrzymałam się na Tylerze. Zmarszczyłam brwi. Byłam już w stu procentach pewna, że to zadzwonił akurat on. Ale skąd miał mój numer telefonu?!
Posłusznie starałam się iść wolno. Dopiero gdy znaleźliśmy się w bezpiecznej odległości od domu dziecka, chłopak zatrzymał się. Za bardzo nie wiedziałam, co zrobić, ponieważ najpierw kazał mi się nie zbliżać, a teraz nagle się zatrzymał... To był jakiś absurd.
Po dłuższej chwili zdecydowałam się jednak do niego podejść. Na początku ociągałam się, ale kiedy Tyler nie reagował, poczułam się pewniej.
— Co to miało znaczyć?! — warknęłam, na co on podniósł jedną brew. — Co ty odwalasz?!
— Dla bezpieczeństwa — mruknął pod nosem.
— Co? — zapytałam, patrząc na niego jak na niezrównoważonego psychicznie człowieka.
— To co usłyszałaś. — Zmrużył oczy.
— Zaczynasz mnie przerażać — powiedziałam tak od niechcenia.
Czułam się... dziwnie. A w jego towarzystwie nadzwyczaj nieswojo. Powodował, że w głowie miałam jakiś chaos i nie byłam w stanie tego zmienić. To denerwowało. Gubiłam się we własnych myślach. Coraz bardziej zaczynałam się zastanawiać, czego ode mnie chce i dlaczego ostrzega mnie przed Peterem. Dlaczego akurat przed nim?! Tyle pytań cisnących się na usta, na które nie ma odpowiedzi.
— Uspokój się. Wszystkiego się dowiesz. Z czasem — powiedział spokojnym tonem.
Wytrzeszczyłam oczy. Czy ja dawałam po sobie poznać, że jestem zdenerwowana? Starałam się kryć swoje uczucia. Nie wydaje mi się, że pokazałam swoją złość.
Tyler złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku, którego nie znałam. Nigdy nie byłam w tej części miasta. Może dlatego, że nie zapuszczałam się aż tak daleko? Takie uliczki zawsze wydawały mi się podejrzane.
Mogłam spodziewać się pustki, jaka panowała wokół. Zobaczenie żywej duszy graniczyło z cudem. Uważnie spoglądałam na zadbane domy. Na myśl zaczęło mi przychodzić, że ta okolica jest zdecydowanie za spokojna. Przydałoby się ją ruszyć. Chyba że mieszkali tutaj starsi ludzie. To już inna bajka. Z drugiej strony nie chciało mi się wierzyć, że taka osoba jak Tyler miałaby tutaj mieszkać. Należał bardziej do tego rozrywkowego grona, więc nie mógł mieszkać w takim miejscu. Czy tylko dla mnie było to dziwne?
Tyler zapukał do drzwi, które od razu otworzył mężczyzna, jakby od dawna na nas czekał. Był wysoki, tak samo jak chłopak, miał czarne włosy, starannie zaczesane do tyłu, a na twarzy lekki zarost. Jego błękitne oczy patrzyły na mnie przyjaźnie, natomiast wąskie wargi podniosły się lekko. Był ubrany w białą koszulę, którą włożył w ciemne spodnie. Co mnie najbardziej zaskoczyło? Miał na nogach kapcie, co w ogóle nie pasowało do jego ubioru. Wyglądało to śmiesznie, ale mężczyzna zdawał się nie zwracać na to uwagi. Cóż... W końcu był w domu.
— Czy ta urocza panienka to twoja dziewczyna? — odezwał się sympatycznym tonem.
Zamurowało mnie. Zamrugałam kilkakrotnie oczami i przystanęłam z nogi na nogę. Tego się nie spodziewałam! Poczułam się... dziwnie. Tak. Czułam się naprawdę dziwnie, a przede wszystkim nieswojo. Znowu. Za bardzo nie wiedziałam, jak zachować się w takiej sytuacji. Mogłam przecież udawać idiotkę, która nie miała pojęcia, o co czym jest mowa, ale nie chciałam jeszcze bardziej siebie pogrążyć. Zamiast tego spojrzałam wymownie na Tylera, który był widocznie zmieszany. Na jego miejscu również tak bym się czuła, gdyby któryś z moich rodziców wystrzelił z takim tekstem.
— Nie, tato — powiedział Tyler zawstydzony. Poczułam pewnego rodzaju satysfakcję z tego. — To koleżanka z klasy, Carmen.
— Dzień dobry — wydukałam.
— Och! Przepraszam bardzo! — Ojciec chłopaka złączył ze sobą swoje dłonie. — A już myślałem, że Tyler kogoś sobie znalazł. To taki nieśmiały chłopak. Wejdźcie.
Na słowo „nieśmiały” podniosłam jedną brew. W pierwszym odruchu chciałam wybuchnąć głośnym śmiechem, ale po pierwsze, było to niestosowne w takiej sytuacji, a po drugie, nie byłam pewna, czy jego ojciec naprawdę tak uważał, czy stroił sobie ze mnie żarty. Jedyne co to w duchu zaczęłam chichotać. „Gdzie ja trafiłam?” — pomyślałam.
Ochoczo skorzystałam z jego zaproszenia. W powietrzu unosił się przyjemny zapach kwiatów, który mogłabym wąchać bez końca. Wydawało mi się, że znajduję się na jakieś łące porośniętej kolorowymi roślinami. Weszłam głębiej. W pomieszczeniu dominowały jasne kolory, natomiast meble miały barwę ciemną, niemal czarną. Najbardziej zaskoczyła mnie wielka szafa, na której znajdowało się duże lustro. Skrzywiłam się, kiedy ujrzałam w nim swoje odbicie. Przypominałam człowieka, na którego barki spadły wszystkie problemy i zmartwienia. Twarz miałam zmarnowaną, a minę trochę smutną. Od razu wyprostowałam się i lekko uśmiechnęłam, by choć trochę wyglądać lepiej.
W oddali dało się słyszeć dźwięk uderzających o siebie naczyń. Owinęłam się rękami. W progu drzwi, prawdopodobnie prowadzących do kuchni, pojawiła się kobieta.
Tak jak jej mąż była wysoka, miała długie brązowe włosy, które związała w koński ogon. Jej oczy, co mnie zdziwiło, wcale nie były pomalowane. Musiałam przyznać, że bez makijażu wyglądała bardzo ładnie. Na oko miała około czterdzieści lat i mimo to prezentowała się uroczo. Miętowa sukienka sięgając jej do kolan idealnie leżała na jej szczupłej sylwetce, której zaczęłam jej zazdrościć.
— Dzień dobry — powiedziałam uprzejmie.
— Dzień dobry, słonko — odpowiedziała mile.
Ukradkiem poważnie zerknęła na swojego syna. Czyżby nie wiedziała, że przyjdę? Poczułam się trochę jak skarcone dziecko. Skrzyżowałam lekko ramiona i spojrzałam gdzieś w bok w nadziei, że znajdę coś, co mnie zainteresuje. Jak na złość niczego takiego nie było.
— Zrobić wam coś do picia? Kawy, może herbaty? — zapytała mama Tylera.
— Kawa —powiedział zdecydowanie chłopak.
— Poproszę wodę... —Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam blado.
Kobieta odwzajemniła gest.
Za Tylerem poszłam do jego pokoju. Przyjęłam to jako wybawienie, ponieważ dziwnie czułam się przebywając w pobliżu jego rodziców. Dosłownie jak jakiś intruz. Nie miałam pojęcia dlaczego tak było, szczególnie że zazwyczaj czułam się wśród ludzi pewna siebie. Nie miałam pojęcia, dlaczego teraz było inaczej. Może to przez te wszystkie zmartwienia? Zaobserwowałam, że zmieniłam się. Przede wszystkim starałam się trzymać nerwy na wodzy, co kiedyś było niemożliwe, ponieważ szybko dawałam im upust. Zaczynałam grzeczniej odzywać się do innych, z czego kiedyś bym się śmiała! Inni pomyśleliby, że jestem inną Carmen. Może to jednak prawda? Szkoda, że moi rodzice nie mogli tego zauważyć. Mimo wszystkich swoich potknięć starałam się podnosić i próbować na nowo. Fakt. Nigdy się nie poddawałam, ale teraz miałam większą wiarę we wszystko, co robiłam. Miałam poczucie, że powinnam się zmienić. Na dobre. Chociażby dla Mii.
W pokoju Tylera dominowały, co, przyznam szczerze, bardzo mnie zaskoczyło, kolory jasne. Spodziewałam się ciemnych barw. Zawsze wyglądał na ponurego chłopaka, który uwielbiał truć innym życie, a w szczególności mi. Ale... może tylko ja go takiego widziałam?
Ściany koloru beżu ładnie kontrastowały się z czarnymi meblami. Wokół panował ład, co było dla mnie jeszcze większym szokiem, ponieważ chłopacy zazwyczaj są bałaganiarzami. Po lewej stronie znajdowało się łóżko i szafka z książkami. „Czyżby był miłośnikiem literatury?” — pomyślałam, jednak wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to zupełnie inne książki, gdyż nie zwróciłam na to uwagi. Nienawidziłam z całego serca czytać, a widząc jakąkolwiek książkę zbierało mi się na wymioty. Po lewej również znajdowały się meble i dwa okna, natomiast na przeciwko stało dość duże biurko, na którym był włączony komputer. Jak mnie korciło, żeby zobaczyć, co za strony przeszukuje właściciel pokoju!
— Usiądź — mruknął pod nosem Tyler.
— Dzięki, ale postoję — odpowiedziałam, zakładając ręce na piersi.
— Jak chcesz. — Wzruszył ramionami.
Rozsiadł się wygodnie na fotelu przy łóżku. Poczułam się nieco skrepowana, w wyniku czego postanowiłam również usiąść, ale na łóżku. Nie mam pojęcia dlaczego zdziwiło mnie, że było miękkie. Przyszło mi na myśl, że jestem idiotką. Spojrzałam na chłopaka, który uśmiechnął się pod nosem. Przewróciłam oczami.
— To... Słucham — zaczęłam, chcąc dowiedzieć się, czego tak naprawdę ode mnie chciał. — Dlaczego uważasz, że powinnam uważać na Petera? — rzuciłam wprost.
— To dość delikatna sprawa — powiedział powoli, uważnie na mnie patrząc.
— Możesz jaśniej? — Zgarnęłam zabłąkany kosmyk włosów za ucho.
— Ależ oczywiście. — Wyglądał na rozbawionego.
— Co cię tak śmieszy? — warknęłam, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
— Nic, nic. — Zrobił poważną minę.
Ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na odpowiedź wszedł do pokoju. Była to mama Tylera, która przyniosła jego kawę, a moją wodę oraz ciasteczka. Uśmiechnęłam się w wdzięcznością. Ta odwzajemniła uśmiech, po czym wyszła, przed tym jeszcze spoglądając na swojego syna.
— Częstuj się. — Tyler wskazał na ciastka.
— Nie jestem głodna.
Jedyne co to wzięłam wodę i upiłam kilka łyków. Chłopak w tym czasie po raz kolejny tego dnia wzruszył ramionami i zaczął jeść ciasteczka. Westchnęłam.
— Mam wrażenie, że specjalnie unikasz tematu — stwierdziłam.
— Jestem w tym mistrzem — pochwalił się — ale tym razem nie unikam go.
— Więc? — Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem.
— Jak już wspomniałem, musisz uważać na Petera. On jest niebezpieczny i...
— Dlaczego niebezpieczny? Możesz mówić jaśniej?
— Przykro mi, ale nie. — Oparł się o oparcie fotela. — Wystarczy, że będziesz wiedziała, że z Mią musicie trzymać się od niego z daleka.
— Dlaczego nie możesz mi tego powiedzieć? — Zmrużyłam oczy.
— Pewna rzecz mi na to nie pozwala — powiedział poważnie.
— W takim bądź razie do niczego nie dojdziemy. — Zirytowałam się i założyłam nogę na nogę.
— Dojdziemy. Spokojna głowa. — Uśmiechnął się szelmowsko.
— Już to widzę — powiedziałam cicho do siebie.
— Peter nie jest tym, za kogo się podaje — zaczął, jednak tym razem śmiertelnie poważnie, czym mnie zaciekawił. — Trzeba na niego uważać, inaczej skrzywdzi wszystkich, którzy znajdują się w jego pobliżu. Nie można mu ufać, Carmen! Znam go i wiem, co robi i przede wszystkim, kim jest! Skrzywdził już wiele niewinnych... — zatrzymał się. — Ludzi...
— Chcesz powiedzieć że jest jakimś mordercą? — zapytałam na pół poważnie, na pół żartem.
— Coś w tym stylu — odparł.
— Żartujesz. — Miałam ochotę się zaśmiać.
— Nie — zaprzeczył.
— Dlaczego ostrzegasz akurat mnie?
Zapadła cisza, którą można było ciąć sztyletem. Miałam nadzieję, że szybko odpowie na moje pytanie, jednak myliłam się. Patrzyłam na niego wyczekująco. On nawet nie zaszczycił mnie swoim spojrzeniem. Dopiero po jakimś czasie, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność, spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział:
— Bo ciebie znam? Szczególnie żal mi Mii.
— Och, dziękuję! — powiedziałam z drwiną.
Nie chciałam uwierzyć w jego słowa. Były dla mnie czymś absurdalnym. On i współczucie? Niemożliwe! Osoba, która zawsze mną gardziła i poniżała na każdym kroku nagle miała mi zacząć współczuć? Złudne marzenia!
— Chyba się przesłyszałam. — Zmrużyłam oczy. Nawet nie zauważyłam, że wstałam.
— Dlaczego?
— Czemu nie powiesz mi wprost, co się dzieje?
— Już mówiłem. Nie mogę — powiedział dobitnie, na co ja z powrotem ciężko opadłam na łóżko. — Może to cię denerwuje. Na twoim miejscu też chciałbym wiedzieć wszystko, ale... — Podrapał się po głowie. — Ale nie mogę wszystkiego ci powiedzieć. Co najwyżej ostrzec. Chciałabym, ale naprawdę nie mogę. To zależy od... — urwał w pół zdania.
— Od czego?
Jego mina przybrała poważny wyraz twarzy. W oczach dopatrzyłam się szczerości, ale i smutku. Najbardziej zainteresował mnie ten smutek. Był spowodowany... No właśnie. Czym? Może rzeczywiście nie mógł, a nawet nie miał prawa niczego mi powiedzieć? Tylko pozostało to głupie „dlaczego”?!
— Okej. Rozumiem — powiedziałam poważnie. — Będę już się zbierała.
Wstałam z łóżka i miałam zamiar wyjść, jednak, nie wiedziałam jakim cudem, Tyler znalazł się obok mnie i złapał mocno za ramię.
— Najlepiej będzie jak z Mią stamtąd uciekniecie.
Jego uścisk stał się jeszcze mocniejszy.
— Co?! — krzyknęłam nieco wściekła. — Nie ma mowy! Już raz to zrobiłam i nie powtórzę tego samego błędu.
— Nie wiesz gdzie się znalazłaś. Trafiłaś w sam środek piekła — wycedził przez zęby i jeszcze bardziej wzmocnił uścisk.
Dlaczego miałam dziwne wrażenie, że wiało od niego chłodem i że zrobiło się, lekko mówiąc, nieprzyjemnie?
— To boli — wysiliłam się na spokojny ton głosu.
Puścił mnie. Jeszcze ostatni raz na niego spojrzałam i wyszłam z pokoju. W drzwiach natknęłam się na mamę Tylera, co bardzo mnie zaskoczyło. Czyżby podsłuchiwała? Mruknęłam pod nosem ciche „do widzenia” w duszy myśląc, żebyśmy się więcej nie spotkały i wyszłam z domu, zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe.
Odetchnęłam z wielką ulgą, jednak w głowie miałam jeszcze więcej pytań i wątpliwości, niż jak tam poszłam. Postać Petera zaczęła mnie jeszcze bardziej zastanawiać i intrygować. Kim tak naprawdę był i w jakim sensie był niebezpieczny? Nie wyglądał na jakiegoś seryjnego mordercę. Gdyby rzeczywiście Tyler miał co do mojego wychowawcy rację, zdziwiłabym się. W głębi serca miałam przeczucie, że nie jest złym człowiekiem. A może moje przypuszczenia były błędne? Znałam go zaledwie kilka dni, więc co mogłam wiedzieć o nim i o jego życiu?
Wyszłam z pustej uliczki, aż znalazłam się na chodniku, gdzie zaczynało tętnić życiem. Przyglądałam się twarzą mijających mnie ludzi, zerkałam pod swoje nogi, ponownie na innych... Chciałam znaleźć się już przy Mii. Zostawiłam ją samą. Miałam małą nadzieję, że może bawiła się z nowo poznanymi koleżankami. Nie chciałam, żeby jej twarz wciąż wyrażała smutek, ale radość. Czy pragnęłam tak wiele? Tylko szczęścia dla Mii. Dla siebie nie chciałam nic. Naprawdę.
W pewnym momencie poczułam, jak ktoś łapie mnie za rękę i zakrywa usta, po czym zaciąga w ciemną uliczkę. Od razu zrobiło mi się słabo, a moja twarz prawdopodobnie zbladła. Bałam się, że to ta sama osoba, którą miałam na myśli i której nienawidziłam z całego serca. Za co?!
— Tylko cicho — warknął, przyciskając mnie do ściany.
Pokiwałam lekko głową.
— Doskonale. — Zabrał z moich ust dłoń.
Pewnie zaczęłabym wrzeszczeć wniebogłosy, ale wiedziałam z kim mam do czynienia, więc wolałam tego nie robić, by uniknąć ewentualnego lania.
— Czego chcesz?! — syknęłam.
— Nic wielkiego. — Uśmiechnął się podle.
— Już ci wierzę — głos mi zadrżał.
— Słyszałem, co stało się z twoimi rodzicami. Jak mi przykro — ostatnie słowa wypowiedział z udawanym współczuciem.
— Nic ci do tego! — krzyknęłam czując, że w oczach zbierają mi się łzy. — Weź lepiej powiedz, czego ode mnie chcesz?! — zarządzałam. — Albo lepiej nic nie mów i raz na zawsze odwal się ode mnie!
Twarz Jacksona przybrała groźny wyraz. Przełknęłam ślinę, bo zdałam sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziałam, jednak zachowałam spokój. To znaczy... starałam się. W głębi serca czułam ogromny niepokój i strach, który przeszywał mnie na wskroś. Do tego uścisk Jacksona na moim ramieniu stał się mocniejszy. Zacisnęłam szczękę.
— Radzę ci to odwołać — powiedział z jadem.
— Nie — warknęłam.
Chłopak podniósł jedną brew. Byłam przygotowana na uderzenie, ale ono nie nadeszło. Zamiast tego ktoś gwałtownie odciągnął ode mnie Jacksona i uderzył go z pięści prosto w twarz. Otworzyłam szeroko oczy, kiedy z nosa mojego oprawcy polała się krew. Tuż obok stał nie kto inny, jak właśnie Tyler. Byłam jeszcze bardziej zaskoczona, niż wcześniej. Ucieszyłam się na jego widok. Nawet uśmiechnęłam się lekko.
— Jeszcze raz się do niej zbliżysz — zagroził mu mój wybawca.
Chłopak wydawał nie zareagować. Jedynie  miał zmrużone oczy i wyraźnie był wściekły. Dopiero po dłuższej chwili niespodziewanie naskoczył na Tylera i pchnął go prosto na ścianę, o którą chłopak uderzył głową. Podskoczyłam i przerażonym wzrokiem spojrzałam na nich. Zdziwiło mnie, że Shaw szybko się otrząsł i z dziecinną łatwością przygniótł do ziemi Jacksona. Nie był w stanie się poruszać, a co dopiero coś powiedzieć!
— Daj spokój — powiedziałam do Tylera i zrobiłam krok w jego stronę. — Nic mi nie zrobił...
Spojrzał na mnie kątem oka, ale uwierzył mi. Odsunął się od Jacksona, siłą woli powstrzymując się, żeby nie przyłożyć mu jeszcze raz. Złapałam go za rękę, odciągając w przeciwnym kierunku.



Witam kochani! :3
Na początku przepraszam Was bardzo, że tyle musieliście czekać na rozdział, ale ostatnio mam tyle do nauki, że nie mam za bardzo czasu (i jak zwykle piszę w nocy xD). A teraz mam straszną fazę na Flasha, że nie pójdę spać dopóki nie obejrzę chociaż jednego odcinka. Polecam wszystkim, którzy nie oglądali, bo serial jest przecudowny! I żałuję, że nabrałam się za niego dopiero teraz, a nie wcześniej... Ale lepiej późno, niż wcale :D
Przechodząc do rozdziału. Co o nim sądzicie? Też uważacie, że przynudzałam? Bo ja mam takie wrażenie. Dużo się nie działo. Nawet chyba nic ciekawego nie było xD Zapewniam Was, że w kolejnym rozdziale wydarzy się coś, co, mam nadzieję, Was zaskoczy, ale już pozostawiam to Marze. Ta scenka miała się pojawić w tym rozdziale, ale uznałam, że notka jest wystarczająco długa, więc lepiej było to przenieść do kolejnej :)
Co myślicie na temat Jacksona? Może to dziwne, ale ja go lubię xD Oczywiście jeszcze nie koniec z nim. Pojawi się i szkoda mi go przez to, co dla niego przygotowałam... xD
Nie przynudzam, więc już kończę. Pozdrawiam Was cieplutko! A na koniec macie jeszcze mojego kochanego Flasha xoxo :***


♥♥♥
PS Nie wiem czemu jest taka mała czcionka.


Maggie


8 komentarzy:

  1. Super rozdział czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  2. HY! BAAAAARRYYYYYYYY!!!!! <333
    Dobra, już się ogarniam. xD Przecież nie zdradzę jego tajnej tożsamości, nie? :D Flash's everywhere. ^.^
    To tak. Nie uważam, żebyś przynudzała. :D Serio. C: To taki jakby mały wstęp do tego, co dopiero nas czeka i mi się to podoba. C: Widocznie Tyler miał powody, by ostrzec Carmen, choć nie sądziłam, że zaprowadzi ją do swojego nadzianego domu. xD W rozmowie między nimi brakuje szczegółów. Zamiast dowiadywać się więcej, nadal nic nie wiemy, ale jam cierpliwa. :D Czy Tyler jest jakimś nadnaturalnym? O.o Tak łatwo poradził sobie z Jacksonem (za mało go, bym go polubiła :P), do tego te sekrety... Podejrzane. xD
    No nic, czekam na kolej Mary i obrót akcji. :3
    Mój Flash...! *.* Ekhem! Weny życzę! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. To było genialne ! :D jej tyle tajemnic, robi się coraz ciekawiej, ja chcę więcej :D

    OdpowiedzUsuń
  4. I mamy bohatera. Brawo Tyler! Ciekawa jestem skąd on się tam wziął. Cała ta sprawa mocno mi śmierdzi. Pozdrawiam gorąco i weny życzę. :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Peter robi się coraz bardziej podejrzany. Więc moze dobrze, że Tyler przed nim ostrzega Carmen. Ciekawe dlaczego nie może powiedziec co z Peterem jest nie tak. Carmen musi wiedzieć dlaczeo przed nim trzeba uciekać i jakoś musi się tego dowiedzieć.
    Jackson? No nie wiem. Jak na razie przez ciągłe zaczepianie i grożenie carmen z dobrej strony mi się nie pokazuje. Ale za to Tylera zaczynam lubić. Dobrze sobie poradził z Jacksonem no i bardzo szybko się pojawił w tym miejscu.

    czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie przynudzałaś, przecież nie będziesz pisać każdego rozdziału z scenami walk, bo pomysły ci się skończą. Rozdział cudny. I o co chodzi Tylerowi, błagam wygadaj się!! Tak mnie to ciekawi. No i końcówka jak Tyler stanął w obronie Carmen. Najgorsze było to, że ona nic z tym nie zrobiła, potraktowała go oschle i tyle :P. Ale kto się czubi ten się lub :D.
    Zapraszam też do siebie, na nowy prolog ;)
    Pozdrawiam!! :*
    palace-to-crumble.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmmm czuje, ze Tyler ma swoje powody ostrzegając przed nim Carmen... Ale roboc tajemnice z tego? W sensie... Jak jej cos zagraza powinna wiedziec jakiego rodzaju jest to zagrozenie.
    Jacksona nie lubie jakos, denerwuje mnie -.- eh ogolnie bardzo mi sie podobalo 🌺🌺
    Dawny Wesoly Kostek 😉

    OdpowiedzUsuń