środa, 3 lutego 2016

Rozdział 15


Muszę przyznać, że im dłużej patrzyli na siebie spod byka, tym coraz bardziej się denerwowałam. Szczerze powiedziawszy nie miałam pojęcia o co mogło chodzić i raczej nie chciałam się dowiedzieć. Wolałam nie wnikać, o dziwo, więc spojrzałam na Tylera spod przymrużonych oczu, jakbym tym chciała wyciągnąć od niego kilka ważnych, dla mnie, informacji. Wstałam z ławki, wzięłam za rękę Mię i chciałam odejść, ale w tym samym momencie usłyszałam ledwo słyszalny szept:
— Carmen, uważaj na siebie i Mię.
Nie mogłam uwierzyć, że te słowa zostały wypowiedziane właśnie przez chłopaka, który zawsze mi dokuczał, który mnie poniżał, który starał się uprzykrzyć mi życie, który szczerze z całego serca mnie nienawidził. Przynajmniej ja tak uważałam, choć wątpiłam, że mogło być inaczej.
Rozchyliłam lekko usta, jakbym chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego zamknęłam je i z wrażenia zaczerpnęłam ze świstem powietrze. Patrząc w twarz Tylera, starałam się doszukać cienia kpiny. Był śmiertelnie poważny, co powoli zaczynało mnie przerażać. Z oczu bił mu lekki niepokój, natomiast szczęki zacisnął. Wyglądał na zdenerwowanego. Tak jak ja.
Wysiliłam się na blady uśmiech i zmusiłam swoje dolne kończyny do ruchu. Ciągnąc za sobą siostrę, podreptałam do budynku domu dziecka, szerokim łukiem omijając wychowawcę. Miałam dziwne przeczucie, że powinnam trzymać się od niego z daleka. Nawet dnia się tam nie znajdowałam, a już zdążyła wydarzyć się dość dziwna sytuacja. Chciałam o niej zapomnieć, ale wiedziałam, że to się nie spełni. Do tego te słowa Tylera. Nie dawały mi spokoju, a przecież nie powinny wywołać na mnie jakiegoś wrażenia. Przecież każdy inny mógł je wypowiedzieć i co? Zareagowałabym podobnie lub może tak samo? Trudno stwierdzić.
— Carmen? — zapytała cieniutkim głosem Mia.
— Tak? — Zatrzymałam się i kucnęłam przed nią. — Coś się stało?
Nic nie powiedziała, co lekko mnie zaniepokoiło. Spojrzała gdzieś w bok, po czym ponownie na mnie i niespodziewanie przytuliła się. Odwzajemniłam uścisk.
— Obiecujesz, że nie zrobisz nic głupiego?
Tym pytaniem zbiła mnie z pantałyku. Lekko zdezorientowana odsunęłam ją od siebie na taką odległość, bym mogła spojrzeć w jej brązowe oczy, w których niegdyś tańczyły iskierki szczęścia, a teraz bił smutek, który dosłownie do niej nie pasował, i zapytałam:
— Skąd ci to przyszło na myśl?
— Twoja mina — powiedziała.
— Mina? — Zdziwiłam się i podniosłam brwi.
Pokiwała głową.
— Boisz się czegoś — stwierdziła.
— Yyy... Nie... To znaczy... — Nie wiedziałam co powiedzieć, przez co wciąż się motałam. — Po prostu wszystko muszę sobie poukładać... I obiecuję, że nic głupiego nie zrobię. — Uśmiechnęłam się szczerze.
— Na pewno? — zapytała.
— Na pewno — potwierdziłam z ręką na sercu. — Na moją miłość do ciebie. Kocham cię i obiecuję, że nic głupiego nie zrobię. Ciebie nie okłamię.
Czy moje słowa były szczere? Jak najbardziej. Nie potrafiłabym nie być wobec niej szczera. Może to wydać się dziwne, że wszystkich miałam gdzieś oprócz siostry, ale to właśnie przed Mią czułam jakiś respekt. Wiedziałam, że jako starsza siostra nie powinnam dawać jej złego przykładu. Zazwyczaj starałam się kryć przed nią swoje wybryki, jednak nie zawsze się udawało. Do dziś pamiętam, jak kiedyś obraziła się na mnie. Przez jakiś tydzień unikała mnie jak woda ognia. To było wtedy, gdy wróciłam do domu całkowicie nawalona i ona, na moje nieszczęście, to widziała. Miała te swoje sześć lat, ale jak na ten wiek była naprawdę mądra. Mądrzejsza ode mnie. A przecież powinno być na odwrót.
Na twarz Mii wstąpił uśmiech. Pierwszy od kiedy dowiedziała się, że rodzice zginęli w wypadku. Nie mogłam go nie odwzajemnić. W tamtym momencie wiedziałam, że nie mogłam jej zawieść. Musiałam dotrzymać danej obietnicy. Ale na jak długo?
— Mogę mieć prośbę? — zapytała Mia.
— Jasne — powiedziałam. — O co chodzi?
— Możemy pójść do domu? — zadała pytanie. — Tego naszego —uściśliła.
— Po co? — Otworzyłam szeroko oczy.
— Chciałabym zabrać kilka swoich rzeczy — wyjaśniła.
— Aha... Rozumiem. — Wstałam na równe nogi. — Teraz?
— Teraz — potwierdziła.
— Mhm... No dobrze — powiedziałam przeciągle.
W jednym momencie zdałam sobie sprawę, że przecież będę musiała iść do Petera. Na samą tę myśl robiło mi się niedobrze. Dlaczego tak za nim nie przepadałam? Przecież ledwo co go poznałam... Miałam jakiś uraz do mężczyzn. Może to przez tych chłopaków, co kiedyś mnie pobili? Wzdrygnęłam się.
— Carmen? — Mia złapała mnie za rękę.
— Trzeba znaleźć Petera... — jęknęłam.
Nie przypominałam sobie, jakby wchodził do środka, dlatego uznałam, że wciąż jest na dworze. Nie myliłam się, bo gdy spojrzałam w okno, zauważyłam jak rozmawia z jakimś dzieckiem, które już raz przemknęło mi przez korytarz. Był to kilkuletni blondynek, który z twarzy przypominał małego aniołka. Dopiero gdy skończył rozmawiać z Peterem, niechętnie podeszłam do wychowawcy.
— Mogłabym z Mią na jakiś czas wyjść? — zapytałam.
— Gdzie i po co? — Założył ręce na piersi.
— No — powiedziałam przeciągle. — Mia chciała pójść do domu po kilka swoich rzeczy. W sumie to ja też mogłabym coś wziąć...
— O której wrócicie? — przerwał mi.
— Eee... Dwie godzinki powinny starczyć... chyba.
— Chyba, czy na pewno? — Podniósł jedną brew.
— Na pewno. — Starałam się utrzymać przyjemny ton głosu.
— Dobrze. Punktualnie za dwie godziny macie być z powrotem, rozumiemy się? — Wyglądał na stanowczego.
— Tak.
— I bez żadnych głupich rzeczy — zwrócił na to szczególną uwagę. —Wiem, do czego jesteś zdolna.
Przewróciłam oczami.
— Wiesz, że twoje zachowanie jest nie na miejscu?
Zasnęłam usta w prostą linkę, natomiast dłonie, które schowałam za siebie, w pięści. Miałam ochotę wybuchnąć. Jedynie siłą woli w moich ust nie popłynęły żadne wyzwiska. Jeszcze. Ten facet zaczynał mnie irytować.
— Przepraszam — powiedziałam tonem tak słodkim, jakbym chciała się podlizać, jak kujon nauczycielowi.
— Idźcie.
Ochoczo skorzystałam z jego pozwolenia. Spojrzałam na Mię, która stała na schodach i wszystkiemu się przyglądała. Podeszła i obie wyminęłyśmy wychowawcę, po czym ruszyłyśmy w stronę furtki. Czułam coś na kształt... ulgi.
***
W domu nie siedziałyśmy długo. Głównie dlatego, że przypominał nam o rodzicach. Był w nienaruszonym stanie. Tak jak go zostawiłyśmy, taki pozostał. Będąc w nim nie czułam już tego samego, co kiedyś. Był mi całkiem obcy. Nawet mój pokój. Od razu mnie odrzucał. To nie było to samo miejsce, w którym mieszkałam na co dzień. Bez mamy i taty ten do był inny. To oni dawali mu życie. A teraz? Stał się on skarbnicą wspomnień.
Z Mią wzięłyśmy to, co było nam najbardziej potrzebne. Zamknęłam dom na klucz, dając upust jakże długo trzymanemu smutkowi. W jednym momencie zdałam sobie sprawę, że powinnam być przede wszystkim silna i nie poddawać się. Po moich policzkach już nie spływały łzy. Może ich zabrało? Schowałam klucze do kieszeni spodni, po czym złapałam siostrę za rękę i lekko ścisnęłam jej dłoń.
W drodze powrotnej do domu dziecka nie czułam tych samych emocji, które mną targały. Nie miałam tych samym obaw, co poprzednio. Może źle to wszystko oceniłam? Na pewno. Nasłuchałam się różnych opowieści, że w bidulu jest okropnie. Żałowałam, że w to uwierzyłam, bo nie było tak źle. Wtedy było jeszcze dobrze.
W oddali po drugiej stronie ulicy zauważyłam Paula. Gwałtownie zatrzymałam się i omal nie wypuściłam w rąk torby. Nie chciałam się z nim spotkać. Nie w tamtym momencie. Musiałam wszystko na spokojnie poukładać.
— Chodźmy inną drogą — szepnęłam do Mii.
— Ale tam jest Paul — zauważyła.
— Wiem, ale nie jestem jeszcze gotowa na spotkanie — wytłumaczyłam.
Dziewczynka zmarszczyła czoło, ale po chwili je wygładziła, co znaczyło, że zrozumiała. Ruszyłyśmy w przeciwnym kierunku. W duchu modliłam się, żeby przyjaciel nas nie zauważył. Nie miałam odwagi odwrócić się, żeby zobaczyć, czy czasem za nami nie idzie. Byłam pełna niepokoju. Nie miałam pojęcia, co bym mu powiedziała, gdyby zapytał, dlaczego to zrobiłam. Uciekłam, bo... No właśnie. Bo co? Bałam się. Bałam się tego, co będzie dalej. Wciąż się boję! Zawsze ukrywałam swój strach. Tym razem też chciałam go zataić.
Nieopodal ujrzałam znajome, czarne auto. Wlepiam wzrok w kierowcę pojazdu i moim oczom ukazała się tak bardzo znana twarz. Chłopak widocznie zauważył i mnie, bo zjechał na bok i zatrzymał się tuż obok nas.
— Luke — powiedziałam z uśmiechem, kiedy ten wychylił się przez okno.
— Kolejna próba ucieczki? — zapytał z lekkim rozbawieniem.
— Nie — odezwała się Mia. — Byłyśmy w domu po kilka swoich rzeczy.
— Aaa. Rozumiem — uśmiechnął się. — Tak się składa, że miałem do was jechać. Zapomniałyście swoich rzeczy. — Ruchem głowy wskazał na tylne siedzenia, gdzie leżały nasze torby.
Muszę przyznać, że zupełnie o nich zapomniałam. Przedtem miałam w sobie tyle emocji, że wyparowało mi to z głowy. Jak kałuża w dziennym skwarze.
— Carmen!
Zesztywniałam. Po głosie rozpoznałam, że był to Paul. Zacisnęłam spierzchnięte wargi i zdenerwowana przystanęłam w nogi na nogę. Przecież mogłam udawać, że nie usłyszałam przyjaciela. Obok jeździło dużo aut.
— Podwieziesz nas? — zapytałam Luke'a.
— Jasne, wsiadajcie. — Na twarzy zagościł mu szeroki uśmiech.
W momencie, kiedy wsiadałam do auta, usłyszałam jeszcze raz swoje imię, jednak kolejny raz to zignorowałam. Czułam się z tym źle, ale nie miałam ochoty rozmawiać z Paulem. Chciałam poczekać do... pogrzebu rodziców? Wtedy na pewno byśmy się spotkali. Albo on wcześniej odwiedziłby mnie w domu dziecka.
Blondyn odpalił silnik swojego pojazdu i ruszyliśmy. Mijając Paula udałam zdziwienie jego widokiem i jeszcze odwróciłam się do tyłu, by na niego spojrzeć. Dopiero kiedy zniknął mi z oczu, spokojnie oparłam się o oparcie siedzenia. Odetchnęłam z ulgą. ,,Głupia’’ — pomyślałam i zwyzywałam siebie w myślach.
Całą drogę pokonaliśmy w milczeniu. Towarzyszyły nam jedynie nuty piosenki lecące z radia. Na miejscu Luke pomógł zabrać nam z samochodu rzeczy. Był tak miły, że zaniósł nam je do naszego pokoju.
— Nie macie tu tak źle — stwierdził chłopak.
— Tylko strasznie tu duszno. — Otworzyłam okno i wychyliłam się przez nie.
Peter wciąż był na dworze. Cierpliwie czekałam, aż odwróci się w moją stronę, jednak to nie następowało. Czego innego mogłam się spodziewać?
— Wróciłyśmy! — krzyknęłam.
Mężczyzna odwrócił się w moją stronę. Wątpiłam, że zauważyłby mnie, gdybym nie machała ręką. Drugą trzymałam się parapetu, żeby nie wypaść z okna. Spojrzał na zegarek, co wcale mnie nie zdziwiło, po czym ponownie na mnie i pokiwał głową. Wzruszyłam ramionami, schowałam się w środku i usiadłam na łóżku. Ziewnęłam przeciągle.
W korytarzu rozległ się tupot małych nóżek. Po chwili do pokoju wpadła Rosie.
— Mia, idziesz się pobawić? — zapytała.
Mój wzrok od razu powędrował w stronę siostry. Uśmiechnęłam się do niej, co chyba dodało jej odwagi, bo poszła z Rose. Nie minęła nawet chwila, a w pokoju pojawiła się kolejna osoba. Tym razem był to Peter. Za jakie grzechy?
— Carmen, musimy porozmawiać.
Na sam dźwięk jego słów przeszły mnie po plecach ciarki.
— To ja jutro przyjdę — powiedział Luke.
Pożegnał się i wyszedł. Zostawił mnie samą...
— Choć do gabinetu — powiedział wychowawca.
Poderwałam się na równe nogi i poszłam za nim. Słysząc słowo ,,gabinet’’ miałam na myśli gabinet Petera, a nie dyrektorki domu dziecka. Mężczyzna zaprosił mnie gestem dłoni do środka. Zrobiłam kilka małych kroków, ale w końcu znalazłam się w pomieszczeniu. Najbardziej obawiałam się, że coś zrobiłam, a nie miałam o tym zielonego pojęcia. Przecież byłam grzeczna. A może chodziło o to, że  przyszedł Luke? Ale nic nie mówili na temat, że nie można zapraszać znajomych...
Rozejrzałam się. Gabinet był w kolorach jasnej zieleni. Na ścianach wisiały rysunki namalowane przez dzieci, które dodawały pomieszczeniu uroku. Po lewej i prawej stronie stały meble. Na przeciwko za brązowym i masywnym biurkiem, przy którym stały trzy krzesła, a czego co dwa dla gości, znajdowało się duże okno, przy którym stała pani dyrektor. Gdy tylko weszłam do jej gabinetu, odwróciła się. Tak jak wcześniej jej twarz ozdabiał miły uśmiech.
— Usiądź — powiedziała łagodnym tonem.
Posłusznie wykonałam jej polecenie.
— Wezwałam cię w sprawie pogrzebu twoich rodziców — wyjaśniła, widząc bijące ode mnie zaniepokojenie. — Ustaliliśmy, że za dwa dni, czyli w sobotę, odbędzie się msza o godzinie dziewiątej, a zaraz potem pogrzeb na cmentarzu.
Złączyłam ze sobą dłonie.
— Chciałabyś o tym kogoś poinformować? — zapytała.
Moje spojrzenie od razu powędrowało w jej stronę. Zawahałam się. Czy chciałam? Mogłam jedynie poinformować o tym swoich przyjaciół. Nie miałam zamiaru zapraszać nie wiadomo kogo, żeby ci upajali się moim cierpieniem. Wiedziałam, że niektórzy, znający moich rodziców, przyszliby, słysząc w kościele o pogrzebie, ale nie chciałam robić z tego jakieś rewelacji.
— Nie — powiedziałam. — To znaczy... Zadzwonię do przyjaciół — wyszeptałam.
— Dobrze. Chcesz skorzystać z telefonu? — zapytała.
— Zadzwonię ze swojego — zapewniłam. — Dziękuję.
Wstałam z krzesła. Chciałam wyjść, ale nasunęło mi się na myśl jedno pytanie.
— Pani dyrektor... — zaczęłam niepewnie.
— Tak? — Zachęciła mnie do kontynuowania kiwnięciem głowy.
— Nie ma pani nic przeciwko co do odwiedzin? — wyrzuciłam z siebie. W końcu.
— Oczywiście, że nie. — Uśmiechnęła się. — Mogą ciebie i Mię odwiedzać znajomi, tylko informuj nas, jakbyś chciała z nimi gdzieś pójść.
— Dobrze.
Pełna spokoju opuściłam gabinet.



Witam kochani! :3
Dzisiaj ja, Maggie. Od razu mówię, że NIE ZAWIESZAMY bloga (mówię o tym, bo już kilka osób się mnie o to pytało). Bądźcie spokojni. Mara po prostu ma trochę mało czasu. Kolejny rozdział powinna już napisać ona. Bądźcie cierpliwi (:
Przechodząc do notki.
Wiem, że jak na razie za dużo się nie dzieje, ale zapewniam, że już za kilka rozdziałów akcja się rozkręci i nie będziecie się nudzić :D Mam nadzieję, że to, na co wpadłyśmy, spodoba się Wam, a przede wszystkim że Was zaskoczymy! :D
Kto cieszy się z pojawienia się Luke'a? Szybko się go nie pozbędziemy :D
Nie opisywałam pobytu dziewczyn w domu, bo uznałam, że nie ma sensu, skoro nic ciekawego by się tam nie działo. Zanudziłabym Was jeszcze bardziej xD No ale te rozdziały jak na razie są potrzebne. Nie chcemy tak od razu przeskoczyć do tego, co ma być... za jakiś czas xD
Co sądzicie na temat zachowania Carmen? Szczególnie mam na myśli to, jak w drodze do domu dziecka zauważyła Paula i go zignorowała. Uważacie, że trochę się zmieniła, czy coś?
Nie wiem co mam jeszcze napisać, więc kończę to nudną, jak rozdział, paplaninę.
Pozdrawiam Was cieplutko! xoxo :***

Maggie

6 komentarzy:

  1. Fajny rozdział, już bez tych emocji, taki spokojniejszy. :3 Carmen i Mia coraz lepiej sobie radzą, świetnie! C: Nie zdziwiło mnie jej zachowanie wobec Paula, sama nieraz mam ochotę tak zrobić, kiedy widzę swoich przyjaciół. xD Wychowawca taki podejrzany. :D Ale za to dyrektorka wydaje się dość przyjazna. C: Cieszę się z pojawienia się Luke'a, choć stanowczo było go zbyt mało! :D
    No nic, czuję ulgę, że nie zawieszacie. :3 Czekam na kolej Mary. C:

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się bardzo cieszę z jego powrotu :D juz się nie mogę doczekać następnych rozdziałów :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Wybacz, wczoraj nie miałam siły komentować, ale jestem :)
    Fajnie, że już udało się opanować te emocje. Dziewczęta muszą się przyzwyczaić narazie do tej sytuacji. Ale nie zapominać o ostrożności, zwłaszcza jeśli nawet wrogowie ostrzegają. Robi się coraz bardziej ciekawie.
    Co do ignorowania przyjaciół, często tak robię, zwłaszcza w gorsze dni. Chyba się przyzwyczaili do tego XD ale trochę w tym racji jest, że czasem trzeba uciekać od najbliższych, żeby nie ranić, ani siebie ani innych.
    Nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów.
    Całuję was obie :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe przed kim Tyler ostrzegał Carmen. Może przed Peterem. Jak na razie on wydaje się podejrzany.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawy rozdział. Nie mam pojęcia co jeszcze napisać. Czekam na następny rozdział i weny twórczej życzę.:-*

    OdpowiedzUsuń
  6. O co chodziło Tylerowi?? Ciągle w mojej głowie siedzą jego słowa. Tak czy siak, pewnie niebawem się dowiemy :D. Smutno zrobiło mi się w momencie kiedy Carmen weszła do swojego domu, budynku, gdzie się wychowywała i dorastała. Kiedyś był jej bliski, a teraz traktuje go jak coś obcego, nieznanego :<. Bardzo utkwiła mi ta scena. Rozdział pełen spokoju, ale jednocześnie przepełniony smutkiem. Wspaniały, czekam na kolejny!!
    Pozdrawiam! :*
    palace-to-crumble.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń