sobota, 9 stycznia 2016

Rozdział 14


Nie bałam się. Niepokój, jaki towarzyszył mi przez ostatnie dni, zniknął jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Czułam się o stokroć lepiej. Byłam... wolna. Jak ten ptak. Może miałam być w domu dziecka, ale uwolniłam się od strachu, że w końcu ktoś złapie mnie i Mię. To było w tym wszystkim najważniejsze. Owszem. Nadal tęskniłam za rodzicami. Bardzo, ale... musiałam pogodzić się z ich stratą. Czy umiałam? Nie. Serce pękało mi na samą myśl, że już nigdy więcej ich nie zobaczę. Wciąż czułam się winna ich śmierci. Nie wierzyłam, że coś miałoby to zmienić. Wiele razy powtarzałam, jak bardzo ich nienawidzę, że najlepiej by było, gdybym się nie urodziła. Teraz żałowałam wszystkich złych słów, jakie popłynęły z moich ust w ich stronę. Tak bardzo chciałam, by do mnie podeszli, uśmiechnęli się, powiedzieli, jak bardzo mnie kochają i... I nadzwyczaj w świecie przytulili. Brakowało mi ich bliskości. Bardzo. Z całego serca pragnęłam usłyszeć ich radosny i przyjemny dla ucha śmiech. Czy było nam dane jeszcze się spotkać? Nie wiedziałam. Podejrzewałam, że po śmierci nie trafiłabym tam, gdzie oni. Do tego pięknego miejsca. Zapewne poszłabym smażyć się w piekle. No chyba, że zatuszowałam wszystkie swoje grzechy, co było wręcz niemożliwe. Za dużo narozrabiałam.

Mia, siedząca obok mnie, kurczowo trzymała się mojego ramienia. Jak taka przylepka. Puściła mnie dopiero wtedy, jak dojechaliśmy na miejsce. Szczerze powiedziawszy to dopiero wtedy poczułam lekki strach. Chyba bardziej obawiałam się tego, jak tam będzie. Nie miałam pojęcia, jak żyje się w domu dziecka. Słyszałam o wielu przypadkach, gdzie dzieci były bite i tak dalej. Miałam nadzieję, że z siostrą nie trafię do takiego piekła. Załamałabym się doszczętnie. Wątpię, że byłoby inaczej. Stałam się... wrażliwa? Na pewno byłam dotknięta całą tą sytuacją. Tak naprawdę sama już zaczynałam się w tym wszystkim gubić.

Drzwi po mojej stronie otworzyły się. Psycholog lekko uśmiechnęła się. Mimo to miałam ochotę wydłubać jej oczy. Chciałam na czymś się wyżyć i choć na chwilę zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Dosłownie choć przez pięć minut stać się kimś innym. Czerwona szminka na jej ustach, która pozostawiała widoczne ślady na zębach koloru szkarłatu, tylko działała na mnie jak płachta na byka. Miałam jakiś uraz do psychologów. To chyba przez wizytę w szkole, jaka miała miejsce. Psycholog, która też nieświadomie uratowała mnie przed chłopakiem, który kiedyś mnie pobił, wypaplała rodzicom wszystko, czego się ode mnie dowiedziała. I niby psycholog zachowuje wszystko dla siebie! Sranie w banię! To właśnie przez tą babkę pokłóciłam się z mamą. Stąd ta moja nienawiść... No może przesadziłam. Niechęć, do osób z tym zawodem.

Wyszłam z radiowozu. Starałam się zachowywać grzecznie i wymusiłam uśmiech na twarzy. Cieszyłam się, kiedy ominęłam kobietę, plastikową blondi. Byłam w szoku, ile można dawać na siebie tapety. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na ten ,,mało’’ istotny szczegół. Mia wyskoczyła z auta za mną i od razu złapała się mnie za rękę. Uścisnęłam jej dłoń, by poczuła się pewniej, choć to akurat mi było potrzebne.

Weszliśmy na posesję domu dziecka. Po podwórku biegały roześmiane dzieci, które zdawały się nie zauważyć naszego przybycia. Zapewne były przekonane, że nikt po nie nie przyjdzie, skoro je zostawiono. Wiedziałam, że w głębi serca odczuwają stratę po bliskich, albo ich brak. Ich twarze były radosne, ale oczy niektórych smutne, że zaczynało mnie ściskać w sercu. Tyle niewinnych duszyczek cierpiało. Gdzie się nie spojrzało, widziało się choć jedną. Zauważyłam jednak ważną rzecz. Wszyscy zachowywali się, jakby byli wielką rodziną. Wyglądali na bardzo zżytych ze sobą. Może mi się to tylko wydawało?

Nagle zdałam sobie sprawę, jakie miałam szczęście. Posiadałam kochającą rodzinę. Nie umiałam tego docenić, a teraz nie mogłam pogodzić się z tą bolesną stratą. Dołączyłam do stada niewinnych owieczek, czekających, aż ktoś zechce je przygarnąć i się nimi zaopiekować.

— To dziewczynki, których rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Carmen, Mia, to jest Peter. Wasz wychowawca — głos psycholog wyrwał mnie z rozmyślań. Wskazała na mężczyznę, stojącego na schodach.

Nie ukrywam, że cisnęło mi się na usta, by powiedzieć ,,cześć’’, ale powstrzymałam się. Zamiast tego wypowiedziałam ciche ,,dzień dobry’’, a Mia nie odezwała się nawet słowem. Tak kurczowo trzymała się mojej ręki, że miałam wrażenie, że krew do niej nie dopływa i będzie trzeba ją amputować.

Mężczyzna przepuścił nas, byśmy weszły do środka. Ochoczo skorzystałam z jego gestu, bo nie miałam już ochoty patrzeć na twarz blondynki. Kątem oka widziałam, jak ta przez krótką chwilę rozmawia jeszcze z tym całym Peterem, ale nie usłyszałam ich wymiany zdań. Zamiast tego rozejrzałam się dookoła. Byłam mile zaskoczona, gdyż spodziewałam się białych ścian, surowego wyglądu, jakiś krat za oknami... Zamiast tego ściany były koloru jasnej żółci. Przeważały na nich rysunki malowane przez dzieci, a zaraz potem wspólne zdjęcia. Na oknach były nawet zasłony. Skromne i białe, ale były. Cała reszta ładnie się ze sobą komponowała. Podłoga była wyłożona jasną wykładziną. Musiałam bez żadnego ,,ale’’ stwierdzić, że było dość przytulnie. Miałam nadzieję, że pokoje też takie były. Korytarze wypełniały mieszkające w budynku osoby, które z ciekawością przyglądały się mi i Mii. Poczułam się nieswojo. Już wolałam stać na dworze i wpatrywać się w plastikową twarz psycholog.

— Jak pierwsze wrażenie? — Podskoczyłam na słowa wychowawcy (jakoś nie mogłam przyzwyczaić się do tego określenia), bo usłyszałam je niemal przy samym uchu.

Nic nie powiedziałam, tylko spojrzałam na niego lekko poirytowana. Na jego twarz, o dziwo, wstąpił szeroki uśmiech. Pokazał przy tym rząd naprawdę idealnie białych zębów. Wybielał je, czy jak? Nie widziałam żadnego innego rozwiązania. Patrząc na niego, byłam trochę przerażona. Niby wyglądał jak każdy inny, ale coś mi w nim nie pasowało. Miał artystyczny nieład na głowie — włosy miał brązowe. Zielone oczy jakby do wszystkich się śmiały. Posiadał ładne rysy twarzy i na pewno skradł już nie jedno serce kobiety, ale mimo, iż był przystojny i tak mi nie odpowiadał. Coś mnie w nim odpychało. Po prostu. Ze mną naprawdę było coś nie tak. Chyba potrzebowałam snu.

— Myślałem, że będziecie bardziej rozmowne. — powiedział, patrząc na mnie dziwnie. Nie potrafiłam określić, jak.

— Cóż... — zaczęłam. — Pozory jednak mylą.

— Z tym się zgodzę — ponownie się uśmiechnął. Jak ten czaruś i przełożył teczkę z jednej ręki do drugiej.

„Już cię nie lubię” — pomyślałam. Chciałam mu to powiedzieć prosto w twarz, ale nie chciałam stwarzać problemów już na samym początku. Póki nie zdenerwował mnie, że znajdę się na skraju wytrzymałości nerwowej, nie miałam po co zaczynać kłótni.

— Chodźcie. Zaprowadzę was do waszego pokoju — powiedział i ruszył w odwrotną stronę.

Poszłyśmy za nim. W duchu cieszyłam się, że będę mieszkała z Mią. Przynajmniej tak wywnioskowałam z jego słów. Mogłam mieć ją blisko siebie i nie groziło mi spuszczenie jej z oczu.

— Teraz postaraj się zapamiętać to, co powiem. Dobrze, Carmen? — odezwał się niespodziewanie.

Niepewnie pokiwałam głową, starając się ignorować na każdym kroku ciekawskie spojrzenia dzieci. Kątem oka zauważyłam chłopaka mniej więcej w moim i wieku i, szczerze, ucieszyłam się. Nie będę sama wśród dzieciaków.

— W dniach szkolnych pobudka jest o szóstej. W weekendy o siódmej — zaczął.

Przewróciłam oczami. Nie lubiłam, jak ktoś mi rozkazywał.

— Widziałem to — skomentował moje zachowanie.

Stanęłam jak wryta. Czy on miał oczy dookoła głowy?!

Roześmiał się, widząc moją zszokowaną minę. Wszedł na schody i poszedł w górę. Podążyłam z Mią w jego ślady.

— O siódmej jest śniadanie — kontynuował. — W weekendy oczywiście później, bo o ósmej. Później wszyscy idą do szkoły. Po powrocie jest obiad. Tak w okolicach czternastej, piętnastej. Rozgłosi to dźwięk dzwonka. Następnie można poświęcić czas na naukę lub na coś innego. Po prostu zająć się sobą. — Weszliśmy na pierwsze piętro, gdzie, na szczęście, znajdowała się znacznie mniejsza liczba osób. — Później wszyscy idą się myć i jest kolacja. Do dwudziestej pierwszej wszyscy mają być w łóżkach. O dwudziestej drugiej jest cisza nocna. Na dworze można przebywać od godziny jedenastej do siedemnastej. I jeszcze najważniejsza rzecz. — Stanęliśmy przed jednymi drzwiami, a on popatrzył na mnie w taki sposób, że przeszywał mnie na wskroś. — Jeżeli chcecie wyjść poza teren domu dziecka, macie obowiązek nas o tym poinformować i powiedzieć gdzie, i na ile idziecie, rozumiemy się? Jeśli tego nie zrobicie, najczęściej skończy się to skonfiskowaniem telefonów i tych różnych urządzeń lub zakazem na wychodzenie na dwór przez co najmniej tydzień — zakończył śmiertelnie poważnie. — Jakieś pytania?

— Yyy... Wydaje mi się, że nie — powiedziałam ,,lekko’’ rozkojarzona.

— W takim razie dobrze. — Otworzył drzwi. — To jest wasz pokój. Rozgośćcie się, a za piętnaście minut zejdźcie na dół do pokoju wspólnego. Dziewczyny was zaprowadzą. — Ostatnie słowa zwrócił w kierunku siedzących na jednym łóżku dwóch dziewczyn.

Z Mią przekroczyłam próg. Drzwi cicho się za nami zatrzasnęły. Rozejrzałam się po pokoju pomalowanym na kolor jasnozielony. Przy jednej ścianie znajdowało się piętrowe łóżko, natomiast na przeciwległej drugie takie same. Na cały pokój stała jedna szafa, pewnie na ubranka, i dwie szafki nocne przy łóżkach. Oczywiście przy jedynym oknie, z długą, białą firanką, stało w nawet dobrym stanie brązowe, jak reszta mebli, biurko. Podłogę zakrywał jasnoszary dywan. W sumie... Nie było tak źle.

— Cześć — odezwała się dziewczyna, przerywając panującą pomiędzy nami ciszę.

Miała jasną cerę i ładne, niebieskie oczy, które ślicznie kontrastowały się z jej czarnymi, spiętymi w luźny warkocz, długimi włosami. Gdy się uśmiechnęła, zauważyłam na jej zębach druciki. Nosiła aparat. Strzelałam, że miała co najwyżej piętnaście lat.

Dziewczynka siedząca obok była mniej więcej w wieku Mii. Brązowe, krótkie włosy opadały na jej rumianą twarzyczkę, a czekoladowe oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem. Po raz kolejny tego dnia poczułam się nieswojo.

— Cześć — odpowiedziałam przeciągłe i zdecydowałam się klapnąć na jedno z łóżek.

Wzięłam siostrę na kolana, a ta od razu się we mnie wtuliła, ale patrzyła na nowe koleżanki, o ile tak można było je nazwać.

— Jestem Katherine, ale mów mi Kath. A to Rosie. — Wskazała na dziewczynkę.

— Jestem Carmen, a to Mia. — Wskazałam na siostrę.

— Miło nam — powiedziała Kath.

Burknęłam coś niezrozumiałego pod nosem. Przeniosłam wzrok na okno. Bałam się, że z nikim nie uda mi się nawiązać wspólnego kontaktu. Ale czy chodziło tylko o to? Czułam się zagubiona i za bardzo nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chciałam zamknąć oczy i już się nie obudzić.

— Przyzwyczaisz się — powiedziała Katherine ze współczuciem, na co zacisnęłam szczękę. — Na początku zawsze jest ciężko. Później będzie tylko lepiej. Nie jesteś sama. W razie problemów zawsze możesz pójść do psycho...

— Żadnych psychologów! — warknęłam. Dziewczyna zrobiła przerażoną minę. — Przepraszam — powiedziałam łagodnie. — Po prostu nie lubię osób z tym zawodem.

— Rozumiem. — Uśmiechnęła się niepewnie. Może nie chciała znowu mi się narazić?

— Długo tutaj jesteście? — zapytałam, bo chciałam jakoś podtrzymać rozmowę.

— Ja od siedmiu lat, a Rosie dwóch — powiedziała Kath.

W jej oczach dopatrzyłam się iskierki smutku. Nie wiedziałam, czy mam jej współczuć. Mi na razie było ciężko, ale dziwnym trafem nie potrafiłam być obojętna. Mocniej przytuliłam do siebie Mię. Miałam nadzieję, że przez to poczuje się lepiej. Tylko dla niej tutaj byłam.

— Dlaczego? — To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała Mia od naszego przybycia.

Chciałam zwrócić siostrze uwagę, że nie powinna pytać o takie rzeczy, przynajmniej ja tak uważałam, bo ktoś mógłby poczuć się dotknięty, ale piętnastolatka widząc moją minę, powiedziała:

— Spokojnie. Nie mamy przed sobą tajemnic. — Uśmiechnęła się lekko. — Moi rodzice zginęli. Wyjechali w góry i tam... No. Była zima i spadła lawina... — jako pierwsza odezwała się Katherine, lecz mówienie sprawiało jej trudność. — Z rodziny miałam tylko babcię, ale ona miała swoje lata i nie była w stanie się mną opiekować. Zmarła rok temu.

— Moi mnie bili — powiedziała cichutko Rosie i przytuliła się do koleżanki.

Zrobiło mi się żal dziewczynki. Nie rozumiałam takich osób, naprawdę. Podejrzewałam, że jej rodzice może pili, ale nie chciałam już wnikać, by oszczędzić małej wspomnień.

— Nasi mieli wypadek samochodowy — powiedziała nagle Mia.

Odruchowo popatrzyłam w szybę. Do oczu cisnęły mi się łzy. Tak bardzo chciałam zapomnieć! Może za bardzo użalałam się nad sobą, ale strata rodziców była czymś okropnym i trudno było o tym zapomnieć tak z dnia na dzień. Przecież to najważniejsze osoby w życiu, które starały się, by niczego mi nie brakowało.

— Chodźmy do pokoju wspólnego — powiedziała Katherine. — Nie tolerują spóźnień.

Poszłyśmy za nią. Dość szybkim tempem zeszłyśmy na dół, aż dotarłyśmy do pokoju, z którego dochodziły głośne rozmowy i krzyki bawiących się dzieci. Szczerze? Chciałam zawrócić. Wolałam nie pokazywać się nikomu. Za Kath weszłyśmy do pomieszczenia. Odczułam ulgę, gdy nikt, no dobrze, prawie nikt, nie zwrócił na nas uwagi. Stanęłyśmy przy ścianie, niestety na widoku, i dołączyłyśmy do czekających chyba na wychowawcę, czy może wychowawców? Nie orientowałam się w tym.

Pomieszczenie miało kolor zielony, co uspakajało. Oczywiście tak jak na korytarzach na ścianie wisiały malowidła. Znajdowało się kilka komputerów, naliczyłam sześć, stoliki zapewne do odrabiania zadań domowych i szafki z zabawkami dla dzieci. Okna były duże, co dawało sporo światła, i posiadały niebieskie zasłony. Na parapetach stały kwiaty, które dodawały uroku całemu pomieszczeniu. Szkoda tylko, że były zielone. Paprotki, nie paprotki... Na podłodze leżał spory dywan, na którym znajdowały się jeżdżące po drodze samochody oraz domy. Po raz kolejny pomyślałam, że nie jest tak źle.

Gdy rozległo się głośne chrząknięcie, szmer, jaki panował wokół, ucichł. Spojrzenia wszystkich powędrowały na średniego wzrostu, szczupłą kobietę. Była farbowaną blondynką, bo na jej krótkich, rozpuszczonych włosach, sięgających do ramion, widać było odcienie szarego. Co najbardziej mnie zdziwiło? Wcale nie miała makijażu. Jedynie usta pomalowała błyszczykiem. Ubrała się w białą koszulę, której rękawy podwinęła i żółtą, przylegającą spódnicę, sięgającą do kolan. Chodziła w tego samego koloru botkach.

— Dzień dobry wszystkim. — Na jej twarzy zagościł uśmiech.

Wszyscy jej odpowiedzieli. Domyśliłam się, że jest dyrektorką tego całego domu dziecka.

— Dziś spotykamy się w ważnej sprawie. Do naszego domu trafiły dwie dziewczynki, Mia i Carmen. — Powędrowała wzrokiem w naszą stronę, a reszta poszła w jej ślady. Poczułam się osaczona. — Chciałam was prosić, byście pomogli dziewczynkom zaaklimatyzować się. W razie problemów pomóc. Bądźcie dla nich mili i nie dokuczajcie im. — Tu zwróciła się do jakieś bandy dzieciaków. — Dziewczynki przeżywają trudny okres w swoim życiu i dobrze by było, gdybyście byli wyrozumiali i pomocni. Mam nadzieję — popatrzyła na mnie i Mię — że będziecie się u nas czuć jak u siebie w domu. Zapewniam, że niczego nie będzie wam brakowało. To nie jest miejsce ograniczenia wolności, jak to myślą inni. Pod ręką macie psychologów i innych specjalistów, więc w razie potrzeby wystarczy przyjść i powiedzieć, co się dzieje. Wiem, że wychowawca zdążył już wam powiedzieć, jak wygląda u nas rozkład dnia, więc nie będę tego powtarzała. W razie jakichkolwiek pytań zwróćcie się do niego lub koleżanek, kolegów. Katherine? — zwróciła się do naszej współlokatorki. — Oprowadziłabyś dziewczynki po budynku?

— Tak. — Dziewczyna rozpromieniła się.

— Dziękuję bardzo. Możecie się rozejść. Wszystkim życzę miłego dnia. — Posłała wszystkim promienny, a przede wszystkim szczery uśmiech.

      Jeszcze przez jakąś chwilę stałam w miejscu. Nie miałam zamiaru przepychać się, by wyjść. Gdy już zrobiło się więcej przestrzeni, dopiero wtedy ruszyłam się. Wyszłabym z pokoju, ale usłyszałam, jak ktoś wykrzykuje moje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam dyrektorkę.

— Podejdź do mnie, skarbie — powiedziała łagodnie. Niechętnie to zrobiłam. — Jesteśmy w trakcie załatwiania sprawy związanej ze śmiercią twoich i Mii rodziców. — Na te słowa coś ścisnęło mnie w sercu. — Za trzy dni powinien być pogrzeb.

„Szybko”  — pomyślałam.

Pokiwałam głową.

— Wiem, że jest wam ciężko. — Posłała mi smutne spojrzenie. Jak ja tego nie lubiłam! — Wiedz, że możesz na nas liczyć.

— Dziękuję — wyszeptałam.

Czułam, że polubię tą kobietę. Wydawała się być inna. Wszystko wydawało mi się być inne, niż przypuszczałam. Cieszyłam się. To lepsze dla Mii. Miałam wielką nadzieję, że szybko przywyknie do nowego miejsca, a ja po skończeniu osiemnastu lat będę mogła zabrać ją do siebie. Mieszkałybyśmy w naszym rodzinny domu, ja znalazłabym pracę, przez jakiś czas korzystałabym z pieniędzy rodziców, które posiadali na koncie oszczędnościowym, i byłoby jak w bajce. Taka wizja mi odpowiadała. Brakowało w niej tylko mamy i taty. Nic nie zapełni pustki, jaka powstała po ich zniknięciu.

Pani dyrektor położyła rękę na moim ramieniu i uśmiechnęła się czule, po czym odeszła, a ja po dłuższej chwili wróciłam do Kath i siostry. Nie było z nimi Rosie, więc wywnioskowałam, że poszła bawić się z dziećmi lub po prostu do pokoju.

Katherine oprowadziła nas po całym budynku, który najbardziej tętnił życiem na parterze. Tam znajdował się pokój wspólny, stołówka, kuchnia, toaleta, ale tylko dla pracujących w domu dziecka, no i przede wszystko gabinet dyrektorki i wychowawców. Każdy miał swój. Jakby nie mogli zrobić wspólnego! Pierwsze piętro należało do nas, dziewczyn. Tam miałyśmy swoje pokoje. Wyżej byli chłopacy. Oczywiście i u nich, i u nas były po dwie łazienki.

Po zapoznaniu nas ze wszystkim, powróciłyśmy do pokoju. Ja chciałam wyjść na dwór. Przez okno widziałam, jak dzieci biegają po podwórku, więc pomyślałam, że też mogłabym wyjść. Zapytałam się Mii, czy idzie ze mną. Ta zgodziła się kiwnięciem głowy. Kath miała co innego w planach, więc nawet się nie pytałam. Założyła na uszy słuchawki, położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Rosie z nami wciąż nie było.

W drodze na dwór, spotkaliśmy naszego wychowawcę, Petera.

— Gdzie idziecie? — zapytał.

— Na zewnątrz — poinformowałam i nie czekając na jego odpowiedź, ruszyłam dalej.

Myślałam, że jak już Mia znajdzie się na podwórku, gdzie biegały dzieci, a niektóre z nich bawiły się na mini placu zabaw, składającego się z dwóch huśtawek, zjeżdżalni, karuzeli i piaskownicy, oczywiście w kolorowych barwach, będzie chciała do nich dołączyć, ale tuptała za mną. Usiadłam na ławce przy świeżo pomalowanym na brązowo płocie. Siostra wgramoliła mi się na kolana. Zamknęłam ją w szczelnym uścisku. Położyła głowę na moim ramieniu i martwym wzrokiem patrzyła gdzieś w dal.

Martwiłam się o nią. Widząc jej smutną twarzyczkę, chciało mi się płakać i krzyczeć wniebogłosy. Nie chciałam dla niej takiego życia. Nie zasłużyła na nie. Przecież nic nie zawiniła. Była jak samotna duszyczka, błąkająca się po niesprawiedliwym świecie. Zaczynałam się zastanawiać, czy czasem nie potrzebuje pomocy. Stała się zamknięta w sobie. Odzywała się tylko wtedy, gdy musiała. To nie była moja Mia.

— Carmen? — koło siebie usłyszałam znajomy, a za razem znienawidzony głos.

Przerażona otworzyłam szeroko oczy. Powili, aczkolwiek niechętnie, odwróciłam się w bok i ujrzałam tą parszywą gębę Tylera. Zacisnęłam szczękę, by ,,przypadkowo’’ nie powiedzieć czegoś, co źle by o mnie świadczyło.

— Co ty tutaj robisz? — zapytał.

Na jego twarzy krył się szok. Był zdziwiony moim widokiem, a ja tym, że z jego ust nie popłynęły cięte słowa. Zaciekawiona Mia popatrzyła na niego spod lekko wilgotnych rzęs.

— Weź stąd idź — burknęłam pod nosem.

Chłopak nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Przygotowałam się na wszelkiego rodzaju odzywki i zaczepki z jego strony, ale on milczał jak zaklęty. Przyznaję, że byłam zaniepokojona. Pierwszy raz spotkała mnie taka sytuacja z jego udziałem. Spojrzałam na niego. Jego twarz mówiła sama za siebie. Pojawiło się na niej niedowierzanie, ale i niepokój, i... troska? Jeszcze szerzej otworzyłam oczy i powędrowałam za jego wzrokiem, i wylądowałam na postaci... mojego wychowawcy?! Tyler i Peter mierzyli siebie wzrokiem wroga. Gdyby mogli, to skoczyliby na siebie z pazurami. Szczerze powiedziawszy, to nie miałam bladego pojęcia, o co mogło chodzić. Znałam Tylera i wiedziałam, do czego jest zdolny. Może miał na pieńku z pracownikiem w domu dziecka.



Hejo!!! ♥♥♥
Przybywam z rozdziałem trochę dłuższym, niż zazwyczaj. Dużo się w nim nie dzieje, to prawda, ale przynajmniej przedstawiłam, jak będzie wyglądało życie bohaterek. Mam nadzieję, że mi to wyszło, bo naprawdę nie wiem, jak jest w domu dziecka i musiałam opierać się na tym, co pisali w internecie. Ja jestem zadowolona. Największą trudność sprawiło mi opisanie tego grupowego spotkania (w sumie to nwm dlaczego) xD
Hm. Co sądzicie o Peterze? Hehe. Nie bez powodu o niego pytam xD
A dla tych, co polubili Luke'a. Powiem tyle, że jeszcze się pojawi (:
Ech, W sumie to nie wiem, co mam jeszcze napisać :/ Więc kończę tą nudną paplaninę. Pozdrawiam Was cieplutko! xoxo :***

Maggie

8 komentarzy:

  1. Coraz ciekawiej się robi. Czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  2. Maggie to twój bloga? To ty masz jeszcze jakiś!? Nie wierzę. A jaki śliczny wygląd *-*
    Za bardzo nie wiem o co chodzi, ale ten rozdział bardzo mi się podobał. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca mój. Prowadzę go z Marą♥ :D Cieszę się bardzo, że rozdział i wygląd bloga Ci się podoba ♥ A nie wspominałam Ci o tym blogu? Bo mi się wydaje, że tak (ale zawsze mogę się mylić):D
      Pozdrawiam cieplutko! xoxo :***

      Usuń
  3. Peter wydaje się w porządku. Zastanawiam się, co wyniknie z tego spotkania. Pozdrawiam gorąco i weny życzę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeej, co tu robi Tyler? O.o Nie mówcie, że facet też stracił rodzinę i dlatego się wyżywa na niewinnych ludziach. O.o
    Ten wychowawca... Taki jakiś podejrzany. xD Ja tam zawsze wszystkich o wszystko podejrzewam, więc luz. xD Ale takie samo imię nosi Spidey, więc jednak trochę mu zaufam. :D
    Czekaj, czekaj. A może Tyler i Peter są... I to oni... Matko. O.o Nieważne, wyprzedzam fakty i plotę głupoty, ale hehe, chyba mam własną teorię spiskową! xD
    Super, ja chcę Luke'a, bo on taki milutki. :3
    Ogólnie ciekawie nam to opisałaś, wygląda na to, że dziewczyny są w dobrych rękach i w ogóle trafiły w całkiem fajne miejsce jak na do dziecka. C:
    Czekam na wyjaśnienie obecności Tylera i aklimatyzację dziewcząt. :D
    Weny! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Peter jako wychowawca jest w porządku. Ale ten jego wygląd nie jest zwykły. Wydaje mi się, że on jest jakąś nadnaturalną istotą.
    Dziewczyny z pokoju Carmen i Mii też się wydają w porządku. Myślę, że wszystkie się polubią.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  6. Juz się nie mogę doczekać następnego rozdziału ;*

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozdział bardzo mi się podoba. Również nie wiem jak wygląda dom dziecka, ale oczywiście wydaje mi się, że przedstawiłaś go świetnie ;) Widzimy tutaj jakie warunki panują w nowym miejscu zamieszkania naszej bohaterki. Lokatorki sióstr wydają się być porządne i myślę, że będą się dogadywać. Najbardziej szokuje mnie Tyler. Czyżby on mieszkał w domu dziecka? :O Tego bym się nie spodziewała xd Ten wychowawca jest co najmniej dziwny... xD Nie wiem czemu, ale mnie również nie przypadł do gustu. Mam pewne podejrzenia, co do Tylera i Petera, ale zapewne sprawdzą się w następnych rozdziałach, a wtedy napiszę "wiedziałam" :D
    Błędy:
    "Może miałam być w domu dzieci..." - powinno być "dziecka";
    "...ślicznie kontrastujące się z jej czarnymi..." - tutaj "się" jest zbędne;
    "...na co zacisnęłam szczęki." - powinno być "szczękę";
    "Chodziła w tego samego kolorach botkach." - powinno być "tego samego koloru";
    "...lub po prostu na pokoju" - tutaj zamiast "na" powinno być "do";
    "Tam mieliśmy swoje pokoje." - skoro to piętro dziewczyn, powinno być "miałyśmy";
    "Zacisnęłam szczęki, by..." - "szczękę".
    Niestety nie jestem w stanie kopiować całych fragmentów, ponieważ na komputerze nie mogę xD Muszę wszystko przepisywać, a długich fragmentów to już wg się nie chce xD Na telefonie nie czytam rozdziałów, które komentuję, ponieważ jak zwracam uwagę na błędy to je wypisuję i na komputerze mi wygodniej xD
    Ogółem jestem zadowolona z rozdziału. Czekam na dalsze wyjaśnienia, co do spotkania tutaj Tylera i oczywiście sprawy wychowawcy xD Jestem pewna, że zgadłam, ale poczekam z tymi domysłami xD
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń