czwartek, 10 grudnia 2015

Rozdział 12


Spuściłam wzrok na swoje bardzo ,,interesujące’’ buty. Nie mogłam wydusić z siebie nawet jednego słowa. Poczułam się głupio, gdyż nie wiedziałam, że Luke ma tak okropną przeszłości. Nigdy na myśl nie przyszłaby mi taka rzecz. Obwiniałam się, że w ogóle go o to zapytałam, ale skąd miałam wiedzieć, że miał tak podłego ojca? Jeszcze bardziej zastanawiałam się, dlaczego zechciał o tym opowiedzieć. Trudno mówić o takich sprawach, szczególnie gdy ma mówić to osoba, której to dotyczy. W pierwszej chwili sądziłam, że kłamie, ale wyraz jego twarzy zmienił moje zdanie. Był smutny, a przez sekundę miałam wrażenie, że w jego niebieskich oczach zakręciła się łza. Nie zdziwiłabym się, gdyby moje podejrzenia potwierdziły się.

Mój wzrok automatycznie powędrował na niego. Nie wyglądał na wrażliwego chłopaka. Miał ładne rysy twarzy i blond włosy. Twarz nie wyrażała szczególnych uczuć, natomiast w błękitnych jak niebo oczach pojawiła się iskierka żalu. Jakby obwiniał o coś kogoś. Pewnie chodziło o jego ojca, gdyż byłam pewna, że ma na myśli dotkliwe wspomnienia. Chłopak nie należał do tych bardzo wysokich i szczupłych jak tyczka. Był średniego wzrostu i dobrze zbudowany. Gdy zorientował się, że mu się przyglądam, speszona odwróciłam wzrok. Musiałam przyznać, że miał ładną twarz.

Mia smacznie spała i zapewne śniła o czymś miłym, ponieważ jej różowe usteczka wykrzywiły się w leciutkim uśmiechu. Naciągnęłam na nią koc, którym była wcześniej przykryta. Dziewczynka niespokojnie wierciła się, dlatego cała się odkryła. Podejrzewałam, że była niespokojna przez śmierć rodziców... Na szczęście uspokoiła się, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmieszek. Tak bardzo chciałam, żeby była szczęśliwa. Gdybym tylko mogła cofnąć czas... Nie wiedziałam, dlaczego człowiek chce naprawić błędy dopiero wtedy, gdy już wszystko jest stracone. Zamiast krzyczeć na mamę, mogłam życzyć jej i tacie miłej podróży i pogodzić się z ich decyzją. Zamiast pyskować, mogłam spokojnie się do nich odnosić. Mogłam powiedzieć im, jak bardzo ich kocham i jestem dumna, że są moimi rodzicami. Mogli cieszyć się, że mają wspaniałą córkę, a pewnie każdego dnia żałowali, że się urodziłam. Nie byłabym w szoku, gdyby tak było, bo doskonale wiedziałam, że byłam okropna. Nigdy nie potrafiłam pogodzić się z ich zakazami i nakazami. Zawsze wiedziałam lepiej i były później tylko problemy. Zawsze chciałam się zmienić, ale nie potrafiłam. Nie wiedziałam do końca, czym to było spowodowane. Może wszystkimi nieprzyjemnymi sprawami, jakie na mnie spadły i przytłoczyły? Narkotyki, alkohol, nieprzyjemne towarzystwo... A teraz jeszcze doszła śmierć rodziców.

Życie jest takie niesprawiedliwe.

A zawsze myślałam, że to porządni ludzie mają źle. Myliłam się. Te przeciwieństwa też tak mają.

— Jesteś tu jeszcze? — zapytał Luke, ale jego słowa do mnie nie docierały.

Nie było mnie tam. Nie. Błądziłam myślami gdzieś daleko. Sama nie wiedziałam gdzie i dokąd zmierzałam. Może miałam tak iść i w pewnym momencie zatrzymać się? Ale gdzie był ten cel? Miałam w głowie totalny mętlik. Czułam się... zagubiona? Chyba tak.

— Hallo! — Dłoń Luke'a pojawiała się przed moimi oczami i znikała.

Niechętnie spojrzałam na niego.

— Co? — warknęłam. Chyba powinnam była popracować nad uprzejmością. Przecież on nic nie zrobił!

— Spokojnie. — Schował ręce za siebie. — Zastanawiałem się, gdzie jesteś. Bo na pewno nie tutaj.

— Może. Niestety zmusiłeś mnie, bym wróciła. — Zmarszczyłam brwi.

Zapadła cisza, którą było można ciąć nożem. Zacisnęłam szczękę i uparcie wpatrywałam się w ścianę za właścicielem domu. Nie miałam zamiaru patrzeć w jego oczy. Wolałam tego uniknąć. Jeszcze coś wyczytałby z moich tęczówek.

— Co się dzieje? — zapytał spokojnie.

Nawet nie drgnęłam.

— Nie bez powodu błąkasz się z małym dzieckiem. Do tego ukrywałaś swoją prawdziwą tożsamość. — Nie dawał za wygraną. — Powiedz. Może pomogę.

— Nie pomożesz! — wybuchałam i wstałam na równe nogi. W oczach zbierały mi się łzy. — Nikt nam nie pomoże! — Ściszyłam głos, bo przypomniałam sobie o obecności śpiącej Mii. — Nikt! Rozumiesz? Nic nie da się zrobić! Nic...

W głowie huczały mi wciąż te same słowa: ,,Nic nie da się zrobić. Umarli. Przez ciebie. Zabiłaś ich!’’. Obwiniałam się za ich śmierć. Może gdyby nie byli tak zdenerwowani, to nie doszłoby do wypadku. Nie miałam pojęcia, kto prowadził. Mama, czy tata? Wiedziałam, że wszystko zaczynało odwracać się przeciwko mnie. Nie byłam już sobą. Jeden dzień wszystko zmienił. Stałam się przewrażliwiona, a co najgorsze... słaba. Byłam inna.

— Usiądź, Carmen — powiedział Luke, patrząc na mnie ze współczuciem.

Nie zdawałam sobie sprawy, że po policzkach spływają mi łzy cierpienia. Nie panowałam nad tym. Chciałam zamknąć oczy i zapaść w sen, z którego już nigdy się nie wybudzę. Gdyby było to możliwe, to z radością podjęłabym taką decyzję, ale nie mogłam zostawić Mii. Potrzebowała mnie. Nie mogłam samej zostawić tej kruszynki. Miała tylko mnie.

— To niesprawiedliwe — szepnęłam i załkałam.

Czułam się jak skończona idiotka. Nigdy nie znosiłam pokazywać swej słabości, szczególnie przed obcymi, ale sytuacja mnie przerosła. Moje serce zostało złamane, a później na jeszcze mniejsze kawałki, które mimo wszystko nie nadawały się do sklejenia. Złączyć mógł je tylko powrót rodziców albo naprawdę bardzo silne uczycie. Miłość? Tylko... ja nie nadawałam się do kochania. Łamałam serca, na których pozostawały łaty, zakrywające dawne rany.

Luke niepewnie do mnie podszedł i przytulił. Na pewno obawiał się mojej reakcji. Słusznie, ale byłam w tak fatalnym stanie, że nie mogłam dać mu w twarz, więc wtuliłam się w niego. Nie lubiłam, kiedy ktoś nieznajomy mnie dotykał, a co dopiero przytulał. Nawet jak ktoś musnął mnie ramieniem przechodząc obok, posyłałam tej osobie mordercze spojrzenie. Rok temu dałam koledze z klasy z pięści w twarz, bo przez cały dzień w szkole wciąż wpatrywał się we mnie, a po skończonych lekcjach podszedł i zapytał, jaki noszę rozmiar stanika. Nieźle się wkurzyłam. Złamałam kolesiowi nos. Zasłużył sobie.

— Już nie płacz — szepnął mi do ucha, wciąż gładząc mnie po plecach.

Szybko wyrwałam się z jego uścisku. Usiadłam na kanapie i otarłam mokre policzki oraz oczy. Zdezorientowany chłopak usiadł na fotelu i uważnie zaczął mi się przyglądać.

— Już ok?

— Ok — wychrypiałam, patrząc na jego mokrą koszulkę. Przełknęłam ślinę.

— To nic — uśmiechnął się łagodnie i szczerze. — Powiesz, co leży ci na sercu?

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam tylko na niego pustymi oczami w nadziei, że może da mi spokój. Niestety tego nie zrobił. Sam jego wzrok mówił mi, że mam w końcu ujawnić, o co chodzi.

— Moi rodzice nie żyją. Zadowolony? — zapytałam uniesionym głosem i założyłam ręce na piersi.

Odwróciłam głowę w bok. Nie chciałam widzieć współczucia w jego oczach. Wolałam być sama, o wszystkim zapomnieć i w końcu być szczęśliwa. Czy to mnie kiedyś spotka? Chyba nie. Na nic nie zasługiwałam. ,,To jest chore’’ — pomyślałam.

Luke otworzył buzię, by coś powiedzieć, ale go uprzedziłam.

— Nic nie mów — powiedziałam. Po chwili dodałam: — Uciekłyśmy, bo chcą wysłać nas do domu dziecka. Nie chcę, by Mia tam była. Ona tam się nie odnajdzie. Jest za mała. Ma dopiero sześć lat. Potrzebuje ciepła rodzinnego. W bidulu go nie dostanie. I nie myśl, że mam na myśli siebie. W stu procentach chodzi mi o nią. Mnie mogą wysłać gdziekolwiek chcą, ale nie ją.

Twarz Luke'a była spokojna. Miałam dziwne wrażenie, że mnie nie rozumie, mimo że przeżył dużo w ostatnich latach. Zagryzłam dolną wargę i ze zdenerwowania bawiłam się swoimi dłońmi, a dokładniej to wyginałam na wszystkie strony palce. W końcu dałam sobie spokój, bo do niczego to nie prowadziło.

— Nie wiem, co robić — szepnęłam, ale bardziej do siebie. — Jutro nas tu nie będzie — zwróciłam się do chłopaka. — Nie będziemy zawracać ci głowy.

— Gdzie pójdziecie? — zapytał, patrząc na mnie z powątpiewaniem.

Zacisnęłam na spodniach w pięści dłonie.

— Nie wiem.

Skłamałam. Tak naprawdę nie zmieniłam planów i miałam zamiar z siostrą pojechać w góry i zamieszkać w domku, do którego zawsze przyjeżdżaliśmy na wakacje. Mogłam pomagać sąsiadce, dopóki nie znalazłabym jakieś pracy. Tylko... czy ona by nas nie wydała? To wszystko było bez sensu! Dlaczego to akurat Mia została ukarana?! Ja zasłużyłam na takie życie, ale nie ona! Nic nie zawiniła...

— Carmen, gdybyś była sama, to nie wtrącałbym się, ale jesteś z Mią. Ty możesz robić co chcesz, ale nie możesz wciągać w to swojej siostry. Ona...

— Możesz zamilknąć? — zapytałam, siląc się na miły tok głosu, jednak mimo starań zabrzmiał szorstko, a Luke zadrżał. — Nie mów mi, co mam robić. Nie jesteś moją...

Chciałam powiedzieć: ,,Nie jesteś moją matką’’, ale ostatnie słowo nie chciało przecisnąć mi się przez gardło. Sięgnęłam po kubek i dopiłam już zimną kawę. Z trudem przełknęłam napój. Zacisnęłam dłonie na naczyniu i zamknęłam oczy, chcąc się uspokoić. W głowie miałam chaos. Nie wiedziałam, na czym się skupić.

— Powinnaś tam wrócić — powiedział znienacka blondyn.

— Oszalałeś?! — wydarłam się na całe gardło, aż mnie zabolało.

            Mia otworzyła oczy i zaspana przetarła je. O dziwo nie czułam się winna, że ją obudziłam. Na chwilę zaszczyciłam ją swoim spojrzeniem, po czym z powrotem przeniosłam je na Luke'a.

— Śpij — powiedziałam do siostry, uparcie wpatrując się w błękitne tęczówki chłopka.

Słyszałam, jak dziewczynka kładzie się. Nie wiedziałam, czy zasnęła, bo już na nią nie spojrzałam.

— Co się stało? — zapytała cichutko.

Jednak nie poszła spać...

— Krzyczałaś — dodała ze smutkiem.

— Nic się nie dzieje. Śpij. — W końcu odwróciłam się w jej stronę i wymusiłam na twarzy uśmiech. Zapewne wyglądał na sztuczny.

Mia nie odwzajemniła gestu. Odwróciła się tyłem i opuściła powieki.

— Ile masz lat?

Zdziwiłam się, że Luke wciąż chciał drążyć temat.

— Siedemnaście — odparłam niechętnie.

— To co się martwisz? Jak pójdziecie do domu dziecka, to za rok będziesz mogła adoptować Mię — mówił.

— Wcześniej musiałabym znaleźć jakąś pracę — powiedziałam łamiącym się głosem.

— Na pewno coś byś znalazła. — Jego przekonanie zaczynało mnie przerażać. — Jak nie, to załatwiłbym ci coś. Pracuję w pobliskim barze. Tam na pewno by cię przyjęli.

Posłałam mu groźne spojrzenie, które przeszywało go na wskroś. Biedak przeraził się, bo pobladł na twarzy.

— Oczywiście stałabyś za barem... — uściślił, po czym westchnął. — Carmen... Czy w tej całej ucieczce nie myślałaś czasem tylko o sobie? — zapytał znienacka.

— Co? — Byłam w szoku. Jak on mógł tak powiedzieć?! — Przecież powiedziałam, że Mia nie może wylądować w bidulu, bo...

— Bo co? — przerwał mi. — A może to tylko twoje, chore zdanie? Mia zdaje się nie powiedziała, czy chce tam być, czy nie. Uwierz, ale tam miałaby dach nad głową i przede wszystkim nie musiałaby wciąż uciekać. Nie żyłaby w strachu, że w końcu ktoś was znajdzie. Nie jest głupia. Co byś zrobiła, gdyby pewnego dnia powiedziała, że ma dość? Wmawiałabyś jej, że wszystko będzie dobrze? Czy naprawdę jesteś taką, lekko mówiąc, idiotką? Nie widzisz, że przez ciebie cierpi jeszcze bardziej? Nie chcesz jej ulżyć? Jesteś już prawie dorosła i powinnaś wiedzieć, że robisz źle. Ile masz zamiar uciekać? W nieskończoność? To się nie skończy. Chcesz mieć problemy? Ona na to nie zasłużyła. Masz rację, ale też nie zasłużyła na takie życie w ciągłym strachu. To będzie się za wami ciągnęło. Wasi rodzice na pewno by tego nie chcieli...

— Nie mieszaj w to naszych rodziców — syknęłam, usilnie powstrzymując łzy. Jego słowa raniły mnie.

— Dlaczego? Boisz się prawdy?

— Proszę, skończ już — wydusiłam i błagalnie na niego spojrzałam.

Zamilkł. W końcu. Czułam się jeszcze gorzej, niż przez tym, jak tutaj przyszłam. Moje serce krwawiło, bo uświadomił mi bolesną prawdę. Naprawdę myślałam tylko o sobie? Chciałam dobrze dla Mii. Nie pomyślałabym, że ona nie chciałaby tego, co ja. Nie zadałam jej tego pytania. Mia robiła wszystko, co chciałam ja. Nie próbowała się sprzeciwić. Nawet nie narzekała, dlatego nie zwracałam uwagi na jej odczucia. Nie chciałam wracać. Marzyłam, żeby zacząć normalne i piękne życie u boku siostry. Ale... to było tylko złudne marzenie. Kto powiedział, że miało się spełnić?

Myśl, że byłam okropną siostrą, dobijała mnie. Jakie ona miała o mnie zdanie? Bałam się pomyśleć. Na pewno miała mnie za wyrodną siostrę.

Przyłożyłam zaciśniętą dłoń do miejsca, gdzie znajdowało się moje serce. Czułam, jak mocno i szybko bije, a do uszu dochodził jego dźwięk, bo wokół panowała głucha cisza. Zaszklonymi oczami rozglądałam się, nie chcąc natknąć się na Luke'a. Może nie chciałam przyznać mu racji, mimo iż przed sobą ją wyznałam? Była chyba za bardzo bolesna, ponieważ każda myśl z nią związana, była jak wbicie sztyletu w samo serce. Nie raz, lecz kilka. Życie... To dopiero kawał drania.

 — Jesteś jakaś nieobecna — powiedział zaniepokojony Luke.

— Muszę przemyśleć kilka spraw... — szepnęłam.

***

Widziałam ich. Stali tam. Niedaleko. Byli dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale nie mogłam jej podnieść. Starałam się, ale moje próby szły na marne. Na czole zbierały mi się pojedyncze krople potu, a po policzkach spływały słone łzy bezsilności. Chciałam coś powiedzieć. Powiedzieć... jak bardzo ich kocham. Całym sercem. Nie mogłam. Miałam wrażenie, że ktoś zszył mi usta. Łapczywie wciągnęłam przez nos powietrze. Przeszedł mnie silny dreszcz.

— Carmen — usłyszałam słowa matki. Moje imię nikło w ciszy nocy. — Carmen... — Wykrzywiła jasne usta w grymasie. Na twarz spadały jej proste, brązowe włosy, a ciemne oczy patrzyły na mnie zawiedzione. — Carmen...

„Tak, mamo?” — krzyknęłam w myślach, mając głupią nadzieję, że mnie usłyszy. ,,Co się stało?!’’ — wykrzyczałam.

— Carmen — dołączył się tata. W jego brązowych tęczówkach kryła się złość, a tego samego koloru włosy tańczyły na wietrze. — Dlaczego jesteś... taka?

Załkałam. Nie miałam pojęcia, o co im chodzi.

Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, między nami stała już szklana ściana. Krzyknęłam. Wyciągnęłam przed siebie dłoń, którą o dziwo udało mi się podnieść, i położyłam ją na szkle... lustra? Przerażona cofnęłam się, ale zaraz upadłam, bo miałam mocno związane nogi.

— Nie! — krzyknęłam. — Mamo! Tato! Nie! — Rozpaczliwie wyciągnęłam w ich kierunku ręce, ale lustro oddaliło się. — Nie odchodźcie! Nie zostawiajcie mnie!

Oczy rodziców zrobiły się krwisto czerwone, a na lustrze pojawiła się ogromna szrama, z której kawałeczki szkła poleciały w moją stronę, a przy okazji w moje oko. Syknęłam. Zdałam sobie sprawę, że dłonie również miałam związane grubym, starym sznurem. Pisnęłam. Serce waliło mi jak oszalałe, przez co miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy z piersi.

Wokół zaczęła pojawiać się mgła. Nie była biała, tylko czarna, a sam jej zapach powodował u mnie atak silnych duszności. Zaczęłam kaszleć. Dusiłam się. Światło lamp raziło mnie w oczy, przez co łzawiły. Mgła w tym czasie pochłaniała nie tylko rzeczy, ale i mnie. Rozpływałam się? Dookoła rozbrzmiał przeraźliwy krzyk cierpienia. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że to ja krzyczę. Jęknęłam. Poczułam niemiłosierny ból, który rozsadzał moją czaszkę.

Mgła już niemal w całości pochłonęła lustro. Zdążyłam zobaczyć, jak rodzice odwracają się w swoją stronę, po czym składają na swoich ustach długi i czuły pocałunek. Zacisnęłam szczękę, chcąc zapomnieć o przeraźliwym bólu głowy. Tęsknie patrzyłam na znikające odbicie mamy i taty, którzy właśnie patrzyli na mnie... inaczej. W ich oczach nie było miłości i szczęścia, tylko żałość oraz złość.

— Nie wytrzymam — szepnęłam z rozpaczą i prośbą o pomoc w głosie.

Wokół rozległ się szyderczy śmiech. Nikogo nie widziałam. Lustro zniknęło. Coś ścisnęło mnie w sercu. Zamknęłam przerażone oczy. Chciałam się obudzić i zniknąć z tego koszmaru. Jak zwykle wszystko działo się przeciwko mnie! Byłam bezsilna wobec swojej podświadomości! Ten sen... to tylko koszmar.

Śmiech stawał się coraz głośniejszy. Ból w głowie narastał. Oczy i usta miałam suche niczym papier.

— To tylko sen, to tylko sen, to tylko sen... — powtarzałam bez końca, dopóki rechot nie zaczął ucichać. — Tylko sen...

Poderwałam się do pozycji siedzącej. A miałam nadzieję, że sen pomoże. Nie sądziłam, że stanie się koszmarem i że będę chciała z niego jak najszybciej uciec. A może to kofeina tak na mnie podziałała? Oby.

— Wszystko dobrze? — zapytał Luke. Właśnie wszedł do pokoju.

— Która godzina? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie, chcąc odciągnąć się od tematu koszmaru.

— Siódma rano.

Pokiwałam głową. Otarłam z czoła krople potu.

— Strasznie wierciłaś się przez sen. Coś ci się śniło?

— A czy ty musisz być taki ciekawski? — Zmrużyłam groźnie oczy.

Chłopak nic nie powiedział. Westchnęłam.

— Jak chcesz się odświeżyć, to tutaj jest łazienka — wskazał na białe drzwi — a pod szafką są ręczniki.

***

Siedzieliśmy w aucie i jechaliśmy na komisariat. Wciąż nie wiedziałam, czy dobrze robię, ale postanowiłam już pójść do tego domu dziecka. Nie chciałam, żeby Mia cierpiała. Podczas drogi zdawała się jakby weselsza. Może rzeczywiście uciekając czuła się pokrzywdzona? Nie miała wpływu na moje czyny, więc co ona biedna mogła zrobić? Poza tym była mała i słaba.

Tęsknie patrzyłam na okolicę. Wiedziałam, że już nie będę wolna i będę zmuszona podporządkować się panującym zasadom. Bałam się tego nowego życia. A czego najbardziej? Że nikt nie będzie potrafił mi pomóc, a przede wszystkim zrozumieć. Chciałam zacząć od nowa, ale bez zapominania o tym, co było kiedyś. Pragnęłam zachować w pamięci wszystkie spędzone z rodzicami chwile. To dla mnie ważne wspomnienia.

Tylko czy ja potrafiłam przyjąć nową sytuację do serca? Owszem, zmieniłam się. Można powiedzieć, że stałam się inną Carmen. Ta wredna i bez uczuć gdzieś zniknęła. Przynajmniej na razie i byłam pewna, że prędko nie wróci. Pojawiła się ta inna. Nieznajoma. A jeśli miała dużo wnieść do mojego życia? Właśnie zrozumiałam, że wcale siebie nie znam.


Hejo kochani!! ♥♥♥
Z tej strony Maggie. Mara♥ niestety nie mogła napisać rozdziału (wiecie, szkoła...), więc ja napisałam. Wyszedł dłuższy i mam nadzieję, że wynagrodziłam tym Wam tak długą pustkę na blogu. Już dawno nic nie było. O dziwo rozdział napisałam w ciągu dwóch nocy i jestem z siebie dumna! :D Już wczoraj był gotowy, ale było tak późno, że nie chciało mi się sprawdzać xD
To teraz zapytam: Co sądzicie o rozdziale? Podobał się Wam? :D Ostatnio mówiliście, że jest mało opisów, więc postarałam się, żeby było ich więcej. Mam nadzieję, że jest okej :D
Nie będę przynudzała, więc mam do Was standardową prośbę. Jeżeli znaleźliście jakiś błąd (a moje biedne oczy ich nie wyłapują), to skopiujcie zdanie z tym błędem. Będę MEGA wdzięczna! ♥
Pozdrawiam Was cieplutko! Do następnego rozdziału (który napisze już nasza Mara♥ ) xoxo :***
PS. W bohaterach pojawił się Luke ;)

Maggie

9 komentarzy:

  1. Wow,takiego obrotu akcji się nie spodziewałam. Jakoś wątpię w to, że znajdą się w tym domu dziecka

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jest Super Świetny :D oby tak dalej ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Że co?! Ze jak jednak do tego sierocińca jadą... Ehhh.. Z jednej strony to dobrze, że Luke jej wytłumaczył jak to wygląda, bo naprawdę myślała tylko o osobie, Mia da sobie przecież radę. To mądra dziewczynka. Zaimponował mi. Sam nie miał łatwego życia, więc łatwiej mu się odnaleźć tej sytuacji.
    Nie mogę się doczekać rozdziałów, w których przejdziecie do fantasy.
    Błędów nie znalazłam,ale to ja zazwyczaj nie przeszkadzają mi błędy.
    Do następnego :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Od początku nie lubiłam tego chłopaka. Rozdział ciekawy, ale i bardzo smutny. Mam nadzieję, że niedługo wydarzy się coś wesołego, cokolwiek. Czekam na następny i weny życzę.:*

    OdpowiedzUsuń
  5. I nagle zaczęłam lubić Luke'a. xD Chodzi mi szczególnie o jego postawę, taki dojrzały... ^.^
    Mam jakieś takie dziwne wrażenie, że zmienił Ci się styl pisania, ale nie obawiaj się, to nic złego, nawet jakoś tak lepiej się czyta. :3 W końcu trochę już piszesz i wierz mi, będzie coraz lepiej! :*
    Sen... Taki jakby... No dziwny, nie? :D Próbuję wysilić mózg, ale dziś mam taką pogodę, że się same oczy kleją i nic mi z tych wysiłków nie wychodzi, no sorki. xD Ale za to pochwalę, że świetnie opisany i bardzo się wczułam w ten nastrój. :3
    W każdym razie - widzę zmianę zachowania naszej głównej bohaterki i to mnie cieszy. Mam tylko nadzieję, że teraz tylko będzie lepiej i w tym domu dziecka im pomogą. C:
    Czekam na kolejny! <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Luke momentami mnie denerwuje, ale czasami i darzę go sympatią. Wie jaka jest sytuacja i dobija Carmen swoimi słowami, natomiast ma to też plusy, dziewczyna się wzięła za siebie i z ciężkim sercem pojechała na ten komisariat. Ogólnie bardzo zaciekawił mnie wątek jak Carmen siebie obwiniała i tu jest prawda. Że każde dziecko nieważne jak kochało swoich rodziców zwykle obwinia siebie o ich śmierć, gdzie nie jest to prawdą i mam wielką nadzieję, że Carmen to sobie uświadomi, że to nie jest jej wina. Luke mnie denerwował tym, że tak naskoczył na bohaterkę. Carmen chce jak najlepiej dla siostry, ale robi to troszeczkę impulsywnie, lecz to nie oznacza, że Luke może ją tak oceniać.
    Czekam na nn i jestem bardzo ciekawa czy po drodze na komisariat nie stanie im nic na drodze :D
    Pozdrawiam! :*
    palace-to-crumble.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeśli mam być szczera to od początku nie wierzyłam, że uda im się ta cała ucieczka. Luke stał się dla Car głosem rozsądku przed popełnieniem strasznego błędu (i przy okazji skrzywdzeniu swojej siostry).
    [w ogóle Luke – Jamie Campbell Bower. Uhuuajja!! <3]
    Nie mam niestety weny na dłuższy komentarz bo padam na pysk, ale obiecuję następnym razem się poprawie ^^
    Buziaki, Alessa :*

    OdpowiedzUsuń
  8. A jednak Carmen zdecydowała się na pójście do domu dziecka. Dotarło do niej, że Mia nie chce uciekać i zrobiła to dla niej. W domu dziecka nie będą musiały być rozdzielone, a za rok Carmen będzie mogła się nią zająć.

    Będę czytać dalej.

    OdpowiedzUsuń
  9. Carmen faktycznie zapomniała zapytać Mię o zdanie. Może dziewczynka wcale nie chciała uciekać? Będzie im trudno w bidulu, ale nie mają wyboru. Nie mogą wiecznie uciekać. Luke mimo wszystko chce dla sióstr jak najlepiej. Nie zna ich, a stara się okazać zrozumienie. Sen Carmen (lubię w snach dochodzić czegoś więcej) jak zawsze jest dla mnie proroczy xD Dziewczyna widzi w sobie poczucie winy i ostatnie wydarzenia związane ze śmiercią rodziców wytworzyły w jej psychice obraz ojca i matki. Po przemyśleniach doszła do wniosku, że źle zrobiła, i dlatego w śnie rodzice patrzyli na nią ze złością i żalem. Tutaj wydaje się, że tylko Carmen miała obawy przed pójściem do domu dziecka, ponieważ nie lubi zasad.
    Błędy:
    "... ponieważ jej różowe usteczka wykrzywiły się leciutkim uśmiechu" - przed słowem "leciutkim" powinna być literka "w";
    "zacisnęłam szczęki i uparcie..." - tutaj wydaje mi się, że powinno być "szczękę";
    "...tego samego koloru włosy tańczyły w wietrze" - a tutaj mi się wydaje, że lepiej by brzmiało "na wietrze".
    Dużo opisów i ciekawych wniosków znajduje się w tym rozdziale. Bardzo mi się podoba ♥
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń