poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 5

Ciemność. Otaczała mnie z każdej strony. Nie byłam nawet w stanie dostrzec zarysu swojej dłoni, którą miałam przed oczami. Cisza była tak cicha, że aż dudniła mi w uszach. Z paniką rozejrzałam się dookoła. Czułam się nieswojo. Egipskie ciemności wywoływały we mnie lęk. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech, by się trochę uspokoić. Niespodziewanie poczułam w dłoniach jakąś rzecz. Powoli podniosłam powieki. Zmarszczyłam lekko czoło, gdy zorientowałam się, że trzymam klucz. Przyszło mi na myśl, że prawdopodobnie znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu.
— Będzie dobrze — wyszeptałam drżącym głosem.
Otarłam z twarzy zimny pot. Wstałam z podłogi i po zrobieniu zaledwie dwóch kroków, upadłam jeszcze niżej. Jęknęłam z bólu. Podniosłam się z zimnej podłogi i jak na złość uderzyłam się w głowę o coś twardego. Wydarłam na cały głos przekleństwo. Podniosłam ręce w górę i udało mi się wymacać... stół? Zerwałam się na równe nogi. ,,Czyli na nim leżałam. Dlatego było tak twardo’’ — pomyślałam.
Zrobiłam krok do przodu. Klucz na wszelki wypadek schowałam do kieszeni. Na szczęście przy upadku nie wyleciał mi z rąk. Wystawiłam ręce przed siebie i szłam prosto, póki nie natknęłam się na ścianę. Uśmiechnęłam się lekko. Pierwszy krok był za mną. Poszłam wzdłuż niej, aż w końcu doszłam do drzwi. Wyciągnęłam klucz i włożyłam go do dziurki w drzwiach, co przez ciemności nie było łatwym zadaniem. Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam je. Oślepiła mnie niewyobrażalna jasność. Przez załzawione oczy widziałam rozmazany obraz. Gwałtownie zamrugałam i przed sobą ujrzałam męska sylwetkę. Nie wiedziałam, czyja to była, bo w tym samym momencie ponownie zgasło światło. Łapczywie nabrałam do płuc powietrza. Już miałam się cofnąć, kiedy usłyszałam zamykające się za mną drzwi. Wystraszona odskoczyłam od nich jak oparzona i z trudem powstrzymałam krzyk.
— Kto tu jest?! — zapytałam drżącym głosem.
Mój oddech stał się płytki i szybki. Kręciłam się w kółko i nie wiedząc czemu, machałam na wszystkie strony rękami. W pewnym momencie czyjaś dłoń złapała mnie za nadgarstek. Krzyknęłam.
— Puść mnie! — wydarłam się.
Próbowałam się wyrwać, ale uścisk był stalowy. Do oczu napłynęły mi łzy, ale dzielnie powstrzymywałam wybuch szlochu.
— Jesteś — wysyczał. Po plecach przeszły mnie ciarki.
— Nie... — skuliłam się na podłodze, mimo że wciąż nie udało mi się uwolnić ręki. — Nie... — powiedziałam dużo głośniej. — Nie! — krzyknęłam najgłośniej, jak się da.
— Carmen!
— Nie! — omal nie za zaczęłam płakać. Podniosłam się do pozycji siedzącej i zaczęłam głośno dyszeć. — Znaczy się... Co? — wysapałam, widząc przed sobą zdziwioną matkę.
— Za pół godziny masz lekcje — powiedziała spokojnie, uważnie mi się przyglądając.
— Ach... No tak... Już wstaję — szepnęłam, zakrywając twarz poduszką. Po chwili wyskoczyłam z łóżka.
— Co? — moja rodzicielka była w szoku.
Całkowicie ją zignorowałam i podbiegłam do szafki, skąd wyjęłam ulubione trzy czwarte, podziurawione spodnie oraz białą bluzkę, by pasowała do jasnego dołu. Poszłam do łazienki, gdzie zrobiłam poranną toaletę, mocny makijaż i ubrałam się. Rozpuściłam włosy i zrobiłam sobie przedziałek. Uśmiechnęłam się z wyczekiwanego efektu. Wzięłam swój plecak i w podskokach wybiegłam z domu.
— Carmen! A śniadanie? — usłyszałam za sobą krzyk matki.
— Nie jestem głodna — odpowiedziałam, nie odwracając się.
— Zaprowadzisz Mię do szkoły?
Zatrzymałam się. „Kiedyś jej obiecałam” — pomyślałam. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do domu. Stanęłam w przedpokoju i czekałam, aż moja siostra zje śniadanie. Gdy już skończyła i umyła ząbki, była gotowa.
— Śniadanie do szkoły — matka wręczyła mi kanapki. — Dla ciebie.
— Dzięki — westchnęłam.
Mia wzięła mnie za rękę i razem wyszłyśmy. Wciąż czułam na sobie wzrok mamy. Zacisnęłam szczękę, starając się o tym nie myśleć, a przede wszystkim o koszmarze. Miałam już ich dość. Śniły mi się codziennie, a czasami co kilka dni. Podczas drogi Mia wciąż o czymś zawzięcie opowiadała. Chciałam jej słuchać, ale nie mogłam się skupić. By nie sprawić jej przykrości, co chwila pomrukiwałam, kiwałam głową lub mówiłam ,,aha’’, ,,ehe’’ „ciekawe, ciekawe”.
Doszłyśmy do szkoły mojej siostry. Niedaleko zobaczyłam nieszczęsną Amandę. Jej osoba podziałała na mnie jak płachta na byka. Zmrużyłam groźnie oczy. Przyśpieszyłam kroku. Nie miałam zamiaru na nią patrzeć. Biedna Mia musiała za mną biec. Jak na złość Plastik musiał biec w naszą stronę.
— A kogo my tu mamy? — zapytała z drwiną.
— Odwal się — syknęłam i odwróciłam się.
— Ooo... Złość pilności szkodzi, Słoneczko — zaśmiała się wrednie.
— Chodź, Mia — pociągnęłam ją za sobą i poszłyśmy w stronę drzwi.
— Morgan udaje troskliwą siostrzyczkę? Jak słodko. Zaraz rzygnę tęczą. Szkoda tylko, że taka z ciebie puszczalska szmata, co niestety widać na kilometr. Ilu już zaliczyłaś, by dostać hajs? Biedna ta twoja siostra. Jak będziesz się z nią zadawała — zwróciła się do Mii — skończysz tak jak ona. Jak ten nic warty śmieć.
— Ty już tak skończyłaś, małpiszonie — powiedziała cichutko Mia i wtuliła się we mnie.
Jej słowa zaskoczyły mnie, a jeszcze bardziej Amandę. Spojrzałam z triumfem na jej czerwoną ze złości twarz, a później z podziwem na siostrę i mocno ją przytuliłam. Uraziła dumę Brooke. Nie jest to częstym zjawiskiem, kiedy to sześciolatka obraża nastolatkę. Do tego jej nie znając. Byłam z niej naprawdę bardzo dumna.
— Ty gówniaro! — krzyknęła Amanda.
— Ej, ej! Wolnego! Mia, idź do szkoły. Muszę porozmawiać z tą lafiryndą! — ręce zaczynały mi się trząść ze złości.
— Tylko nie rób nic złego — poprosiła.
— Obiecuję — pocałowałam ją w czoło. Uśmiechnęła się lekko i pognała do budynku. — I co, Blondi? — zapytałam, gdy drzwi się zamknęły.
— Taki przykład dajesz siostrze? Obraziła mnie! — krzyknęła z oburzeniem.
— Zasłużyłaś sobie! — starałam się trzymać nerwy na wodzy.
— Ta pusta smarkula...
Nie dokończyła. Nie wytrzymałam i pchnęłam ją na bramę. Przylgnęła do niej plecami, a ja ją docisnęłam tak mocno, że jęknęła z bólu. Uśmiechnęłam się złowieszczo. Złapałam ją za długie włosy, na co przeraźliwie głośno krzyknęła. Przez nią ludzie zaczęli na nas patrzeć z zaciekawianiem, ale nikt nie zareagował.
— Jeszcze raz tak powiesz o mojej siostrze, a obiję ci tą twoją piękną buźkę! — zagroziłam i na potwierdzenie swoich słów, przyłożyłam do jej twarzy pięść. — Nie pozwolę, byś ją obrażała i wygadywała o mnie same kłamstwa!
— Zabieraj tą brudną łapę, idiotko! — pisnęła. — Puść mnie! To boli!
Już miałam jej przywalić, kiedy ktoś z ogromną siłą mnie od niej odciągnął i jak szmacianą lalkę, rzucił na ziemię. Syknęłam. Szybko poderwałam się na równe nogi i już tamta osoba miała dostać, kiedy zorientowałam się, kto to.
Przede mną stał wysoki, napakowany chłopak o śniadej cerze. Jego ciemna grzywka zakrywała jedno z brązowych, groźnie zmrużonych oczu. Spojrzałam wilkiem na Jacoba, który nie był zadowolony z zaistniałej sytuacji.
— Wszystko dobrze, kochanie? — zwrócił się do Amandy, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku.
„Kochanie?!” — wydarłam się w myślach. Spojrzałam z niedowierzaniem na blondynę. Założyłam ręce na piersi. Zastanawiałam się, jak długo miała zamiar z nim chodzić. Zmieniała chłopaków jak rękawiczki. Podejrzewałam, że nie była to jakaś wielka miłość, tylko że chodzili ze sobą tylko dla pokazu. Ona — najpiękniejsza dziewczyna w szkole, a za razem pusta, tylko tego drugiego nikt nie dostrzegał. On — kapitan szkolnej drużyny futbolowej, jak i ciacho wśród wszystkich chłopaków w budzie.
— Nie, misiu! Rzuciła się na mnie! Uderzyła mnie! — jej oczy się zaszkliły.
— Ona kłamie! — ostro zaprzeczyłam.
— Nieprawda! Sam widziałeś, że się na mnie rzuciła! — przytuliła się do swojego chłopaka.
— Ty małpo! — krzyknęłam do niej i zrobiłam kilka kroków do przodu, na co ta pisnęła.
Jacob wystawił dłoń w sposób, jakby chciał mnie uderzyć.
— No dawaj! Uderz! Śmiało! — podeszłam jeszcze bliżej. Niemal stykaliśmy się głowami. Należałam do tych całkiem wysokich dziewczyn, a do tego miałam wysokie buty. — Walniesz dziewczynę?! Taki maczo jesteś?!
— Idiotka — mruknął.
— Super! — warknęłam.
Dałam chłopakowi pięścią w twarz, a Brooke krzyknęła jak mała dziewczynka. Nie zaprzeczę, że zabolało. Miał twardą szczękę. Mimo to nie żałowałam. Chciałam w końcu w coś walnąć, a że Jacob był najbliżej, to on ucierpiał. Patrzyłam, jak łapie się za obolałe miejsce. Byłam pewna, że mnie nie uderzy, dlatego się nie bałam. Co najwyżej mógł mnie zwyzywać od najgorszych. Nie należał do tych damskich bokserów. Gdyby jakaś dziewczyna od niego oberwała, to groziło to zniszczeniem jego reputacji.
— Wiesz? Współczuję ci — powiedziałam, patrząc wymownie na Amandę.
Zerknęłam na nich ostatni raz i poszłam przed siebie. Do szkoły. Mogłam pójść na wagary, ale nie miałam ochoty. Nie chciałam również kolejnej kłótni z tego powodu. Na tamten dzień chciałam mieć święty spokój. Najchętniej to zamknęłabym się w pokoju. Sama. Do tego bez drzwi i gdzieś na górze, by przez okno nikt nie mógł wejść. Mogłam o tym jedynie sobie pomarzyć.
Wyciągnęłam z plecaka swoją czarną czapkę, typu full cap, którą zawsze nosiłam przy sobie. Założyłam ją na głowę, a ręce włożyłam do kieszeni i ze spuszczoną głową — jakbym szła na ścięcie — poszłam do budy. W ogóle nie zwracałam uwagi na to, co działo się wokół mnie. Nic mnie nie obchodziło. Chciałam, by ten dzień jak najszybciej się skończył. Nie mogłam znieść, że jeszcze w szkole miałam oglądać plastikową buźkę Brooke. Robiło mi się niedobrze, jak sobie o tym przypomniałam. Skrzywiłam się na twarzy. Kopnęłam kamień, jaki leżał na chodniku, gdy ktoś zaciągnął mnie do pustego zaułka. Wcześniej ta osoba zakryła mi usta, bym nie mogła krzyczeć.
— Tylko cicho — usłyszałam Jego zachapnięty głos. Przeraziłam się.
Zaczęłam się wiercić, ale ten przyparł mnie do ściany, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Czułam się taka bezbronna.
— Jak nie będziesz krzyczeć, to cię puszczę — powiedział. — Nie będziesz?
Pokiwałam głową, że się zgadzam z postawionym warunkiem. Przez chwilę patrzył na mnie tym swoim przeszywanym na wskroś wzrokiem, ale w końcu odsunął się ode mnie na odległość zaledwie kroku.
— Czego chcecie?! — warknęłam, masując obolały nadgarstek.
Jackson zaśmiał się, a z nim reszta całej bandy. No może nie całej, ponieważ nie wszystkich tam widziałam. Brakowało trzech osób. Obecnych było czterech. Miałam dziwne wrażenie, że oni byli Jacksonowi całkowicie posłuszni. Kiedy on się śmiał, oni też, jak coś kazał im zrobić, to oni to zrobili. Nie wiedziałam, czy uważali go za takiego cool, czy po prostu się go bali, jak ja.
— Mamy pewną sprawę — zaczął powoli „szef”.
— Dawaj, póki chce mi się ciebie słuchać — starałam się zachować normalny ton głosu.
Czy się bałam? Oczywiście! To byli najgorsi ludzie, jakich kiedykolwiek spotkałam! Zawsze wywoływali we mnie strach. Wystarczyło, że na mnie spojrzeli. Kiedyś robiłam, co mi kazali, ale w końcu się zbuntował i za to zapłaciłam. Pobili mnie. Później bałam się wychodzić z domu. Nie powiedziałam, że to oni mi zrobili, bo obawiałam się, że jak to zrobię, to następnym razem mnie zabiją albo skrzywdzą bliską mi osobę. Tego drugiego to nie chciałam. Z całego serca żałowałam, że się z nimi kiedyś zadawałam.
— Wczoraj uciekałaś, więc nie zdążyłem ci powiedzieć, że...
— Nie! — przerwałam mu, podejrzewając, co chce powiedzieć. — Nie będę sprzedawała narkotyków! Skończyłam z tym!
— I za to zapłaciłaś — zbliżył się niebezpieczne blisko. — Będziesz to robiła. Damy ci dragi, a ty będziesz je sprzedawała w szkole. Co ty na to?
— Nie ma mowy! — syknęłam. — Sam sprzedawaj! Mnie w to nie mieszajcie!
— Jest taki problem, że my akurat nie możemy. Ciebie znają, a nas? Od razu zaczną coś podejrzewać i nas wkopią. Ciebie nie — uśmiechnął się niewinnie.
— Nie zgadzam się. Skończyłam z tym. Znajdź kogoś innego! — krzyknęłam drżącym głosem. — Nie zmusicie mnie — powiedziałam niepewnie.
Owszem. Zmuszą mnie. Zawsze znajdowali na to sposób. I tamtym razem też to im się udało.
Jackson przyparł mnie do ściany i przyłożył do szyi nóż. Reszta zaczęła głupio chichotać. Serce mi zamarło, a cała zaczęłam się trząść. Przełknęłam ślinę. W gardle pojawiła mi się ogromna gula, której za nic nie mogłam się pozbyć. Wzięłam głęboki wdech, żeby się uspokoić, ale byłam tak panicznie wystraszona, że mi się nie udało.
— Będziesz sprzedawała, bo jak nie, to nie ty ucierpisz, lecz twoja siostrunia. Mia jej na imię, tak? — zagroził. Zimne ostrze noża zetknęło się z moją skórą, na której pojawiła się gęsia skórka.
Jego słowa wystarczyły.
— Dziś masz to sprzedać — odsunął się. Wyciągnął z kieszeni woreczki z białym proszkiem i mi je dał. — Nie od razu wszystko. Chociaż część.
— Nienawidzę was — szepnęłam. — Nienawidzę was całym sercem!
— Bo to mnie rusza — prychnął.
W moich oczach zbierały się łzy popatrzyłam na wszystkich zebranych z nienawiścią. Wyminęłam ich i biegiem uciekłam. Kątem oka widziałam, jak Jackson coś szepcze do chłopaka, który nie należał do tych szczupłych, a ten w odpowiedzi kiwnął głową. Biegłam ile sił w nogach, w dłoni wciąż trzymając woreczki. Zatrzymałam się dopiero przy najbliższym koszu na śmieci. Zawahałam się, ale wyrzuciłam narkotyki i uciekłam.

Hej, hej kochani! ♥
NA POCZĄTKU PRZYPOMINAM O GŁOSOWANIU NA NASZĄ MARĘ♥ W KONKURSIE NA NAJLEPSZE DRABBLE! Z CAŁEGO SERCA JA I MARA♥ PROSIMY O GŁOSY NA DRABBLE 3! WIĘCEJ INFORMACJI W POPRZEDNIEJ NOTCE ( http://jedno--slowo.blogspot.com/2015/08/informacje-3.html ).
Wracając do rozdziału.
Jak wrażenia? Hehe. Czy tylko ja mam wrażenie, że trochę mało się działo? xD
No tak. Pojawiła się Amanda. Co sądzicie o zaistniałej sytuacji? Hihi. Może mi ktoś wyjaśnić, dlaczego śmiałam się, gdy napisałam moment, kiedy to Mia odpyskowała Brooke? xD No tak. Coś z moją głową nie tak >.<
Ha! I mamy tych chłopaków! Kto sądził, że tak szybko nie dadzą Carmen spokoju? Myślicie, że co ma teraz zrobić? Może ktoś ją przyłapie... Czy raczej nie? A może macie inny pomysł? xD
Yyy... No tak. W rozdziale nie znalazło się wszytko, co chciałam zamieścić. Wyszedłby sporo dłuższy. Planując nie sądziłam, że tak bardzo rozpiszę się na sytuacji związanej z Amandą i chłopakami :P
Mam ogromną nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu! :D Jeśli znaleźliście jakąś literówkę, to podajcie odpowiednie zdanie ;)
Pozdrawiam Was cieplutko! xoxo :***

Maggie

10 komentarzy:

  1. Oj rozdział przypadł mi do gustu i to bardzo!
    Nie martw się, ja też się śmiałam z tej sytuacji. Głównie z tego małpiszona. To takie rzadko spotykane słowo, że inaczej się nie da! Znaczy teraz mało kto go używa, bo, jak ja byłam mniejsza, to była jedna z najgorszych obelg! A teraz? Idiota, debil, ciota... I wiele, wiele gorsze. Jednak najsmutniejsze jest to, iż tak mówią małe dzieci. :c
    Ten koszmar był przerażający. Poważnie. Najbardziej jednak zastanawia mnie zachowanie tej matki... Tak się nie powinna zachowywać. Widzi, że z córką dzieje się coś niedobrego, to zamiast porozmawiać z nią normalnie, jak każdy człowiek, do psychologa, czy tam psychiatry wysyła. Nie, tak się nie zachowuje rodzicielka. :c
    A ci bandyci powinni sobie pójść. Nie można grozić, że zrobi się coś dziecku. Przecież to jest czysty szantaż! ;c Na szczęście nie uległa im i wyrzuciła to do śmieci. Mam tylko nadzieję, że nie będzie miała przez to kłopotów.
    Znowu ta cała Amanda! Paskudny plastik! Nienawidzę takich. Wredny, kłamliwy małpiszon! :D Nic dodać, nic ująć.
    Okej, ja zmykam.
    Przy okazji zapraszam do siebie; kiedy-gram-znika-caly-swiat.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwsza.
    Rozdział jest super. Siostrzyczka genialna. Dupki jak dupki. Niesamowite jest to jak ona się ich boi. Czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi się podobało! ^^
    Scena, gdy Mia odparowuje Amandzie (swoją drogą... Amanda... Hihi.) - bezcenne. Szkoda mi Carmen, bo próbuje, ale jednak nie do końca, nie umie się tym typkom sprzeciwić. Nie wiem co zrobiłabym na jej miejscu, lecz z pewnością starałabym się jakoś temu zaradzić i poszukać pomocy oraz wsparcia. C:
    A więc powtarzające się koszmary... Hm. Objaw nadnaturalności. Ciekawe. ;3
    Gratuluję dziewczynie odwagi i wyboru, że wyrzuciła to draństwo! Choć to może sprowadzić na nią kłopoty... :/
    Wydaje mi się, że w następnym rozdziale Carmen mogłaby udać się do psychologa i niechcący coś napomknąć, może w ten sposób ktoś nareszcie by się o tym dowiedział. Tak tylko sobie myślę. :D
    Brakuje mi tu powodów do nienawiści żywionej do rodziców, zapowiedzianej w opisie bloga. Obyście wplotły ten istotny wątek. C:
    To tyle, czekam na następny! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Z jakiego powodu Amanda w ogóle obraża Carmen? Z powodu jej zachowania? I dlaczego w to wszystko jej siostrę miesza jak jej nie zna? I ciekawe czy w szkole się o tym dowiedzą.
    Carmen musiała mieć w sobie odwagę żeby te narkotyki wyrzucić. A pewnie tam niedaleko chłopaki byli i mogli zobaczyć co z tym robi.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. Minął dopiero tydzień ;) Teraz moja kolej, a nie ukrywam, że niektórzy nauczyciele tak o nas "dbają", że "W RAMACH POWTÓRKI" każą się nauczyć CAŁEGO MATERIAŁU z poprzedniej klasy... Jeśli tylko znajdę chwilkę na pewno coś na bazgram ;)

      + muszę się uporać z rozdziałem na innego bloga... :/

      Usuń
  6. No to Carmen postąpiła odważnie, ale również i głupio wyrzucając narkotyki. Przecież teraz to będą ją ścigać nie tylko za to, że nie sprzedała towar, ale również za to, że wisi im pieniądze... Moim zdaniem bohaterka powinna o tym komuś powiedzieć, może pani psycholog, bo jak tego nie zrobi będą kłopoty.
    Jest kilka błędów, jak prosiłaś, tak wypisuję:
    ujrzałam męska sylwetkę.
    męską
    Śniły mi się codziennie, a czasami co kilka dni Podczas
    kropka między zdaniami
    co mi kazali, ale w końcu się zbuntował i za to zapłaciłam.
    zbuntowałam
    Czemu wszyscy czepiają się tak Carmen? Przecież ona chyba nic nie zrobiła Amandzie, a ta traktuje ja jak pannę spod latarni. Może Carmen "ukradła" dziewczynie kiedyś chłopaka? Mam nadzieję, że wkrótce się to wyjaśni.

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem taka zła, że zaraz rozwalę laptopa ! Denerwuje mnie ten Jackson i cała jego banda. Co oni sobie myślą, że mogą szantażować Carmen? Jakiś absurd! Nienawidzę takich patowych sytuacji, bo nie ma z nich praktycznie wyjścia. Istna tragedia. Lecę czytać dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. W tym rozdziale po raz pierwszy Carmen nie pokłóciła się z matką, ani nie mówiła do niej z brakiem szacunku. Co to się dzieje? :O Jestem wręcz dumna z małej Mii. Sama napyskowała Amandzie, która jest już tak irytująca, że mnie skręca w żołądku jak o niej czytam. Wow ten cały chłopak Amandy nie jest damskim bokserem, ale tylko ze względu na reputację w szkole. W innym wypadku oddałby Carmen ze zdwojoną siłą.
    Jakby tego było mało znowu pojawiła się banda Jacksona. I oczywiście z jakimi wymaganiami - ma znowu sprzedawać narkotyki. Oni są nienormalni i denerwują mnie jak tylko pojawiają się w poście. Carmen wyrzuciła towar, ale srogo za to zapłaci. Zapewne jeden z ludzi Jacksona specjalnie ma jej pilnować, aby ta sprzedała narkotyki, ale nie spodziewa się, iż dziewczyna wyzbyła się towaru. To może przynieść poważne konsekwencje. Oni są nienormalni i nie zawahają się skrzywdzić rodziny naszej bohaterki.
    A teraz błędy:
    "Po chwili wyskoczyłam z lóżka" - powinno być "łóżka";
    "Zacisnęłam szczęki..." - tutaj powinno być "szczękę";
    "Śniły mi się codziennie, a czasami co kilka dni Podczas drogi..." - tutaj brakuje kropki po słowie "dni";
    "...ja coś kazał im robić..." - a tutaj zamiast "ja" powinno być "jak".
    Ogółem rozdział wyszedł wyśmienicie :) Trudno się pisze na telefonie, gdyż słownik potrafi płatać figle xD Mimo to i tak popełniasz mniej błędów ode mnie kochana :D
    Lecę nadrabiać resztę :D
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń