wtorek, 14 marca 2017

Żegnam

             Cześć! 
            W sumie nie wiem nawet, od czego zacząć. Po pierwsze, na pewno nie było mnie tu bardzo, bardzo długo. Nic się nie pojawiało, a była moja kolej na napisanie rozdziału. Jak pewnie wiele osób pamięta, pisałam wiele notek z przeprosinami, że coś się spóźni. Teraz jednak chciałabym wszystko wyjaśnić.
            Może od początku. Cała historia zapowiadała się bardzo fajnie, co jest głównie zasługą Maggie. Kilka razy to mówiłam, ale gdyby ktoś zapomniał – ta dziewczyna ma ogromny potencjał, jest charyzmatyczna i naprawdę nadaje się do pisania. Jej opowiadania są skazane na sukces. Tak też było w tym przypadku. Pewnie się domyślacie, co zamierzam tu napisać. Po tak długim czasie, wreszcie oficjalnie oznajmiam, że odchodzę. Trochę ciężko się to pisze, bo choć ja niewiele tu zrobiłam, to i tak, można powiedzieć, zżyłam się z tym blogiem. Wcześniej miałam zamiar całkowicie zrezygnować z pisania, lecz przyznam się, że aktualnie też coś piszę, ale to nie czas na reklamy, więc jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć lub po prostu pogadać, to zapraszam: xmambaax@gmail.com
            Chcę jeszcze dodać, na pocieszenie, że oczywiście moje odejście nie oznacza końca historii, Maggie będzie kontynuować. Jestem pewna, że zrobi to świetnie i sama będę tu często zaglądać ;)
            No dobra, co tu jeszcze napisać? Żegnam się z Wami i życzę przyjemnego czytania!


czwartek, 18 sierpnia 2016

Rozdział 24


Widziałam ciemność. Gdzieś w oddali słyszałam krzyki. Czyżby ktoś mnie wołał? Nie potrafiłam stwierdzić. Wszystko mnie bolało. Od palców u nóg, po sam czubek głowy. Wydawało mi się, że gdybym chciała się poruszyć, musiałabym włożyć w to wiele siły, której miałam tak mało. Pragnęłam otworzyć oczy, by zobaczyć, co dzieje się wokół mnie, ale powieki miałam tak ciężkie, że nie byłam w stanie ich podnieść, nie ważne, ile siły w to wkładałam. Przecież to nie było trudne...
Miałam sucho w gardle. Po dłuższej chwili zaczęło mi to doskwierać. Miałam wrażenie, że mój przełyk płonie żywym ogniem. Chciałam go ugasić, ale picie hektolitrów zapewne by nie pomogło. Otworzyłam usta, żeby poinformować kogoś, o ile ktoś był w pobliżu, że chce mi się cholernie pić, ale z moich ust wydobył się dziwny charkot. Jęknęłam. Zaczerpnęłam ze świstem świeżego powietrza, po czym w płucach zatrzymałam je na jakiś czas.
Poczułam, jak czyjaś silna dłoń łapie moją i ją ściska. Moje ciało ogarnęło coś na kształt wielkiej ulgi. Uśmiechnęłam się. Przynajmniej zmusiłam usta do tego, ale jaki był efekt? Tego nie wiedziałam.
Niespodziewanie poczułam, że odpływam gdzieś daleko z miejsca, w którym się znajdowałam. „Nie!” — krzyknęłam w myślach, ale było już za późno. Nic nie słyszałam.
***
Nie mogłam oddychać. Coś usilnie ograniczyło mi jakikolwiek ruch. Otworzyłam szeroko oczy, ale szybko pożałowałam, ponieważ zapiekły mnie.
Zamknęłam je z powrotem, przykładając do powiek dłonie, których nie czułam. Przez ten ułamek sekundy zdążyłam jedynie zobaczyć rozmazany obraz.
Zaczerpnęłam haust powietrza. Niestety zamiast niego do moich płuc dostała się woda — zaczęłam rozumieć, dlaczego było mi tak zimno. Zdecydowanie przesolona. Czy to możliwe, że była aż tak słona? Zaczęłam kasłać. Na powrót otworzyłam oczy, dzielnie znosząc pieczenie, i szukałam drogi ucieczki. Krzyczałam, lecz z moich ust wydobywał się odgłos przypominający bulgot. Tępo patrzyłam na wydostające się z mych ust bąbelki. Zacisnęłam szczękę, gdy oczy zapiekły mnie jeszcze bardziej.
Nie minęła długa chwila, nim zaczęłam się dusić. Wiedziałam, że twarz mam czerwoną, o ile nie granatową. Ostatkami sił płynęłam w górę, by jak najszybciej wydostać się na zewnątrz, lecz to wszystko trwało całe wieki. Doskonale widziałam światło nade mną, ale im byłam wyżej, tym ono coraz bardziej się oddalało. Miałam ochotę wybuchnąć głośnym płaczem, który na pewno zostałby stłumiony przez wodę.
Odnosiłam wrażenie, że z płuc został mi zabrany cały zapas powietrza, przez co wyglądają one jak spuszczona piłka przypominająca jakiś flak. Skrzywiłam się na twarzy. Jeszcze nigdy nie pragnęłam niczego tak bardzo, jak wziąć jeden wdech, by nabrać tego cholernego tlenu! Przecież w otoczeniu zawsze było go tak dużo. Jak mogło go tak nagle zabraknąć? Nie chciałam umierać!
Nie miałam już sił, by płynąć dalej. Mogłam się poddać i czekać na, według mojego mniemania, koszmarną śmierć. Dlaczego nie mogła być bezbolesna? Już sama nie wiedziałam, czy wciąż płynę, czy tylko wydaje mi się, że moje nogi są wprawione w ruch. Zresztą... Było mi wszystko jedno.
Moja ręka wydostała się poza taflę wody. „Jeszcze tylko kilka centymetrów...” — myślałam. Już miałam wydostać się na zewnątrz, kiedy niespodziewanie zostałam przygnieciona przez coś ciężkiego. Nie mogłam określić, co to było. Zdążyłam jedynie zauważyć, że było to płaskie i prawdopodobnie drewniane.
Boleśnie zepchnięta w dół, w otchłań śmierci, bo tylko z tym mi się to kojarzyło, krzyknęłam. Nic nie usłyszałam oprócz dźwięku zderzenia czegoś ciężkiego z wodą, a następnie odgłosu bulgotu, wydostającego się z mych ust.
„To koniec” — zdążyłam pomyśleć.
Słyszałam czyjś głośny krzyk. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że to ja go wydaję. Zacisnęłam szczękę oraz dłonie w pięści, boleśnie wbijając paznokcie w skórę. Chciałam jakoś zniwelować pieczenie w gardle, które z każdą minutą stawało się coraz silniejsze. Czułam, jak po policzkach spływają mi łzy. „Czy ktoś to widzi?” — przemknęło mi przez myśl.
Ni stąd, ni zowąd w ramieniu poczułam ukłucie — było to nic w porównaniu z ognistym pieczeniem w przełyku. Zdezorientowana jakimś cudem otworzyłam oczy, ale ujrzałam tylko plamy. Zamrugałam, myśląc że to coś pomoże. Efekt był niezadowalający.
— Już dobrze. — Dotarł do mnie czyjś delikatny, kobiecy głos.
Wyłapałam w nim nutkę zaniepokojenia. Zaczęłam się martwić.
Otworzyłam usta, by zapytać, co się dzieje, a raczej spróbowałam, bo nagle odpłynęły ze mnie resztki sił. Byłam jak roślinka, niezdolna do poruszania się. Dochodzące do mnie głosy, których nie potrafiłam zidentyfikować, oddalały się. „Nie!” — chciałam krzyknąć.
Po chwili nic nie słyszałam. Było... ciemno. Bardzo ciemno.
***
Nie widziałam, przez co bałam się poruszyć. Siedziałam, tępo spoglądając przed siebie. Było tak ciemno, czy po prostu... byłam ślepa? Na to ostatnie zadrżałam. Nie potrafiłam wyobrazić sobie niewidomej mnie. Od zawsze byłam zdania, że lepiej jest urodzić się niewidomym, niż stracić wzrok w którymś momencie swojego życia. To mniej bolesne. Przynajmniej odnosiłam takie wrażenie. Ktoś inny mógł uważać inaczej.
— Carmen... — Usłyszałam melodyjny szept.
Zmarszczyłam czoło. Ktoś ewidentnie mnie wołał, ale nie miałam pojęcia, kto mógłby to być. W dodatku nie potrafiłam rozpoznać głosu...
„Skup się!” — nakazałam sobie w myślach.
— Carmen...
Zadrżałam. Początkowo miałam wrażenie, że głos dochodzi z mojej prawej strony, ale później byłam niemalże pewna, że z lewej. Postać najwidoczniej przemieszczała się. Czy to dobrze...?
— Nie poznajesz mnie? — zapytał dziecięcy głos.
„Oczywiście, że cię poznaję!” — cisnęło mi się na usta, ale nie mogłam wyksztusić żadnego słowa.
Przecież to była Mia. Moja siostra. Moja jedyna żyjąca rodzina... Tylko ona mi została. Nie mogłam jej stracić. Nie przeżyłabym tego. Nie przeżyłabym...
— Carmen...
W głosie Mii słyszałam podłamanie. Wiedziałam, że zaraz zacznie płakać. „Tylko nie to...” — pomyślałam. Nie mogłam do tego dopuścić. Tak bardzo nie lubiłam, jak płakała. Wtedy zawsze odnosiłam wrażenie, że to przeze mnie. Jej łkanie powodowało, że mi samej chciało się ryczeć. Tak, tego również nie znosiłam.
Wzięłam wdech, by choć trochę uspokoić się.
— Dlaczego... Dlaczego mnie nie pamiętasz? — zapytała cicho.
Załkała.
Stało się.
„Wcale o tobie nie zapomniałam!” — cisnęło mi się na usta, jednak i tych słów nie mogłam wypowiedzieć. Cholera! Co się ze mną działo?!
Wyciągnęłam przed siebie ręce, mając nadzieję, że dosięgnę ją dłońmi, ale kończyny odmówiły mi posłuszeństwa. Zdębiałam. Moje serce przyspieszyło rytm, a oddech stał się płytki i szybki.
— Carmen...
Jej głos był cichy. Oddalała się. Nie!!!
— Nie widzę cię! — Wykrzyknięcie tych słów kosztowało mnie wiele siły.
Upadłam na kolana, wyciągając jedną dłoń przed siebie, bo drugą podpierałam się.
Odgłos lekkich kroków, których wcześniej nie słyszałam, ustał. Podłoga zaskrzypiała, gdy Mia prawdopodobnie odwróciła się...
— Nie kłam — powiedziała lodowatym głosem.
Słysząc jej ton, zaniemówiłam. Nigdy nie byłam świadkiem, by odzywała się w taki sposób, a tym bardziej do mnie... To zabolało. Nawet bardzo. Mia, która zawsze była spokojną, kochającą i rozumiejącą siostrą, mimo swego młodego wieku, zachowywała się tak dziwnie. Dlaczego? Coś jej zrobiłam?
Z mojego serca został oderwany jeden, duży kawałek.
— Ale ja nie kłamię... — szepnęłam, powstrzymując łzy.
Nie mogłam jej okłamać i doskonale o tym wiedziała. Zawsze — no prawie, bo czasami w poważnych sytuacjach robiłam wyjątki — byłam wobec niej szczera. Tak w ogóle to nie mogłabym skłamać w tak istotnej sytuacji, szczególnie że nie miałam prawa pozwolić sobie na to, by mnie znienawidziła przez tak błahą rzecz. To byłoby niepodobne nawet do mnie.
— Łżesz — wypowiedziała zimno.
Zachłysnęłam się powietrzem. „Nie uwierzyła mi. Nie uwierzyła mi. Nie uwierzyła mi! Dlaczego?! Dlaczego mi nie uwierzyła?! — krzyczałam w myślach. — Dlaczego to zrobiła?!” Uderzyłam pięścią o drewnianą podłogę. Po policzkach spłynęły mi łzy, kiedy usłyszałam coraz cichsze kroki.
— Mia, ja nie kłamię! Dlaczego mi nie wierzysz?!
Brak odpowiedzi.
— Mia!
Uderzałam o podłogę z jeszcze większą siłą, by wyładować złość i cały żal, jaki miałam w sobie. Gdybym się postarała, mogłabym zrobić w niej wielką dziurę. Zacisnęłam szczękę tak mocno, że mnie rozbolała. Tłumiłam szloch.
— Mia! — wydarłam się na całe gardło, choć doskonale wiedziałam, że mnie nie słyszy.
Jakaś siła zmusiła mnie, by stanąć na nogi. Pobiegłam przed siebie, przez co zaliczyłam bliskie spotkanie ze ścianą. Złapałam się za obolałe czoło i przede wszystkim za nos. Siłą woli powstrzymałam się przed krzyknięciem spowodowanym bólem. Zagryzłam język tak mocno, że poleciała z niego krew. Wykrzywiłam usta w grymasie. Wciąż nic nie widziałam. Macałam po płaskiej powierzchni, w poszukiwaniu wielkiej pustki, którą nie było nic innego, jak właśnie drzwi. Drzwi, dzięki którymi mogłam dostać się do siostry.
Nie było nic.
„Kłamiesz. Kłamiesz. Kłamiesz...” Słowa te wciąż odbijały się w mojej głowie niczym echo. Krzyknęłam. Później jeszcze raz, lecz głośniej. Nie wiedziałam dlaczego, ale zaczęłam uderzać głową o ścianę. Nie lekko, ale mocno. Nie mogłam przestać, mimo że bardzo chciałam. Na ustach wciąż miałam imię swojej siostry, a ból rozsadzał mi czaszę. Nawet wtedy nie mogłam powstrzymać się przed robieniem sobie krzywdy. Cholernie bolało. Z każdym uderzeniem coraz bardziej. Dosłownie jakby ktoś mnie do tego zmuszał.
— Mia... Nie zostawiaj mnie... — załkałam.
Zacisnęłam mocno powieki. „Nie mogła mnie zostawić. Ona by tego nie zrobiła.” — powtarzałam w myślach.
— Już dobrze. — Przy uchu usłyszałam męski głos.
— Nic nie jest dobrze! — krzyknęłam.
Otworzyłam szeroko oczy, a następnie z pięściami rzuciłam się nad pochylającym nade mną chłopakiem.
Nie rozpoznawałam go. Dałabym sobie rękę uciąć, że nigdy wcześniej go nie widziałam. Jego piękne rysy twarzy w nawet drobnych szczegółach nie przypominały żadnej osoby z mojego otoczenia. Nawet charakterystyczny kolczyk w jego wardze nie wyglądał mi na znajomy.
„On chce mnie skrzywdzić” — przemknęło mi przez myśl.
Uderzyłam go z pięści w twarz. Zaskoczony cofnął się do tyłu. Doskonale widziałam na jego twarzy malujący się szok, a jednocześnie zmartwienie. To drugie na pewno było udawane.
Już miałam uderzyć go po raz kolejny, kiedy czyjeś silne ręce z powrotem przygniotły mnie do łóżka. Palce napastnika boleśnie wbijały się w moje ramiona. Nie byłabym zdziwiona, gdyby pozostały na skórze siniaki.
Zaczęłam wyrywać się, jednak w przeciwieństwie do mężczyzny — byłam w stu procentach pewna, że nie była to kobieta — byłam zdecydowanie za słaba. Krzyknęłam. Podniosłam nogę, by nią uderzyć nieznajomego, lecz chłopak, którego wcześniej zaatakowałam, szybko uniemożliwił mi to, łapiąc za kostki obu nóg.
— Jennifer! — krzyknął stojący za mną mężczyzna.
A więc był jeszcze ktoś inny.
— Zostawcie. Mnie! — wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
— Przykro mi, słonko. Nie mamy innego wyjścia. — Niedaleko odezwał się kobiecy głos. To była ta cała Jennifer.
Chwilę później poczułam ukłucie w ramieniu. To spowodowało, że przestałam się szarpać, bo odebrało mi siłę, której zabrakło mi nawet na podniesienie ręki. Zaczerpnęłam powietrza, w którym unosiły się perfumy o zapachu piżma i chyba róży. Ładnie pachniało.
Powieki momentalnie zrobiły się ciężkie. Niespokojnie poruszyłam się.
— Co mi zrobiliście? — wyszeptałam, ciężko oddychając.
— Śpij dobrze, słonko — powiedziała delikatnie i kojąco Jennifer. — Już dobrze.
— Już dobrze... — powtórzyłam nieświadomie.
Przełknęłam ślinę. Bezwładne ręce, opadające wzdłuż mojego ciała, wcisnęłam jak najbliżej pierzyny, a dłonie lekko zacisnęłam w pięści. Dopiero wtedy, gdy uspokoiłam się, dotarło do mnie, że na czole miałam kropelki potu, pozostałe przez wcześniejszy wysiłek. Wsłuchiwałam się w bicie swojego serca, które z czasem zaczęło przybierać równomierny rytm.
— Nie może tu zostać. — Do moich uszu doszedł czyjś zdecydowany ton głosu. — Trzymanie jej w tym miejscu jest zbyt niebezpieczne.
— Wiem... — powiedziała druga osoba, ale bardzo cicho.
— Kochanie... Wiem, że też to wszystko przeżywasz, ale pozostawienie jej jest ryzykowne — powiedziała delikatnie Jennifer.
— Szczególnie że już wiemy, co jej dolega — wyznał mężczyzna, którego usłyszałam na samym początku.
— A więc co zrobimy? — zapytał z nutką nadziei w głosie młody baryton.
Nie dowiedziałam się, co postanowili ze mną zrobić, ponieważ nie usłyszałam odpowiedzi, gdyż zmorzył mnie sen.
***
W szklanym pomieszczeniu panowała pustka. Przez szyby przedostawało się jasne światło dzienne. Zapewne oślepiałoby mnie, ale zdążyłam przyzwyczaić się do niego.
Za oknami widziałam jedynie iglaste drzewa. Szklane pomieszczenie znajdowało się w samym środku lasu. Miałam nadzieję, że zanim ściemni się, minie sporo czasu, ponieważ nie uśmiechało mi się siedzieć w takim miejscu samej.
W pewnym Momencie ujrzałam cień. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, że nie jest to to, co podejrzewałam na samym początku, lecz jestem to... ja?
Stojąca przede mną dziewczyna miała identyczne rysy twarzy, jak ja. Z wrażenie odebrało mi mowę. Początkowo myślałam, że to moje odbicie, lecz gdy robiłam różne ruchy, dziewczyna stała nieruchomo i uśmiechała się z dziwną satysfakcją.
Wraz z jej pojawieniem na zewnątrz zaczął padać deszcz, głośno uderzając o szklane szyby. Gdy zagrzmiało, podskoczyłam i z mocno bijącym sercem upadłam na ziemię. Wystraszona zerknęłam na dziewczynę, której uśmiech stał się niepokojąco wielki na pół twarzy. Przełknęłam ślinę.
— Kim jesteś? — zapytałam drżącym głosem.
— Lepszą wersją ciebie, kochaniutka — wyznała... druga Carmen?
Zaniemówiłam. Mogłam jedynie patrzeć na nią szeroko otwartymi oczami, niezdatna do wypowiedzenia żadnego słowa. Serce jak gdyby nigdy nic zaczęło mi bić szybciej. To chyba z nerwów. Miałam jakieś urojenia. Powtarzałam sobie w myślach, że tak było.
Popatrzyłam na swoje dłonie. Doznałam szoku, kiedy znalazło się na nich coś czerwonego. Krew?
— Tak, to krew — potwierdziła moja kopia, uważnie na mnie patrząc.
Popatrzyłam na nią. Twarz na pewno miałam bladą, nie mogło być inaczej. Serce zabiło mi szybciej, kiedy poczułam zapach rdzy. Przed oczami na moment zobaczyłam ciemne plamy. Próbowałam uspokoić oddech i bicie serca, ale było ciężko, szczególnie że wraz ze słowami dziewczyny, ponownie zagrzmiało.
— Skąd ona jest? — zdołałam wyszeptać. Nie wiedziałam, czy mnie zrozumiała, bo z mych ust wydobył się bełkot.
— Pomyśl — odpowiedziała tajemniczo.
Zerknęłam w bok. Tak się złożyło, że mój wzrok powędrował na ścianę drzew. Początkowo widziałam ciemność, czasami rozświetlaną przez błyski szalejącej na zewnątrz burzy. Z czasem zaczął formować się jakiś kształt. Nie... Kształty. Zmrużyłam oczy.
Zobaczyłam jadący na drodze samochód. W pierwszej chwili nie rozpoznawałam go. Dopiero z czasem zorientowałam się, że jest to pojazd rodziców. Serce zamarło mi, kiedy uderzył w nich tir. Szybko zamknęłam oczy. Słyszałam odgłos zderzenia. Stłumiłam krzyk dzięki przyłożonej do ust pięści. Z jękiem położyłam się na podłodze. Po policzkach spływały mi słone łzy wielkości ziaren grochu. Nie mogłam ich powstrzymać. Ba! Nawet nie próbowałam. Bezradna krzyknęłam.
— To ty odpowiadasz za ich śmierć. — Usłyszałam tuż koło ucha.
— Nieprawda! — załkałam. — To wcale nie moja wina!
— A właśnie, że twoja...
— Nie! — przerwałam jej. — Nie odpowiadam za to, że mieli wypadek! Przecież nie było mnie tam!
Już prawie zdążyłam pogodzić się z ich śmiercią. Początkowo owszem, wmawiałam sobie, że jestem winna ich śmierci, ale tak naprawdę to nie była prawda. Nie byłam w stanie zapobiec temu wszystkiemu, nawet wtedy, gdybym bardzo tego chciała. To nie była moja wina i wszyscy o tym doskonale wiedzieli.
— To twoja wina.
Te słowa wywołały u mnie falę łez. Dlaczego? Ponieważ zostały wypowiedziane przez moich rodziców.
Nie chciałam na nich spojrzeć, mimo że bardzo korciło mnie, by to zrobić.
— Nieprawda... — Załkałam.
— Wiesz, że oszukujesz samą siebie?
Zerknęłam na miejsce, w którym znajdowałam się ja. Moich rodziców nigdzie nie było. To dobrze. Nie byłabym w stanie spojrzeć na ich twarze, a tym bardziej w oczy.
Niespodziewanie w prawej dłoni mojej kopi pojawiła się siekiera. Serio? Chciała mnie zabić? I to tym czymś?
— Nie! — krzyknęłam, odsuwając się do tyłu.
Przed oczami zobaczyłam błysk. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. W następnej kolejności zapadła głucha cisza. Umarłam?
Zbudzona z kolejnego koszmaru, otworzyłam szeroko oczy. Ciężko dyszałam. Oczy miałam załzawione, a łzy spływały mi po policzkach, pozostawiając po sobie mokre ślady. Moja klatka piersiowa szybko podnosiła się i upadała, a w uszach słyszałam głośne bicie własnego serca.
Po długiej chwili leżenia zorientowałam się, że znajduję się w innym miejscu, niż poprzednio. W powietrzu unosił się zapach... drzewa.
Hejo kochani! :3
Jak podoba się ostatni rozdział pierwszej części...? Tak, dobrze przeczytaliście. Ostatni rozdział pierwszej części, która nosi nazwę ,,Początek’’. Niedawno z Marą♥ wpadłam na pomysł, by historię podzielić na części. Na obecną chwilę przewidujemy trylogię po 24 rozdziały. Druga część będzie nosiła nazwę ,,Koszmar’’, natomiast trzecia ,,Wybór’’. Oczywiście nazwy nie są przypadkowe. Każda z nich została dopasowana do wydarzeń w poszczególnej księdze :D
Wracając do rozdziału. Podejrzewam, że już wiecie, co może dziać się z Carmen, ale pewna nie jestem xD
Jak podobały się Wam sny? Przyznam szczerze, że osobiście uwielbiam je pisać. Może dlatego, że większość z nich jest raczej... dziwna (moje sny w szczególności są dziwaczne xD)?
Księga pierwsza już za nami... Teraz dopiero zacznie się dziać! :D
Kolejny rozdział prawdopodobnie będzie we wrześniu. I uwaga! Napisze go nasza Mara♥!!!! :D :D :D Taka dobra nowinka ;>
Tak więc do napisania! Pozdrawiam cieplutko! xoxo :*
PS Niedługo zostanie zmieniony szablon, który zostanie dopasowany do tematyki drugiej części :D

Maggie

środa, 3 sierpnia 2016

Rozdział 23


Siedziałam na łóżku w swoim pokoju, tępo wpatrując się w sufit. Od poprzedniego dnia przestałam przejmować się czymkolwiek, a tym bardziej sobą. Był wieczór. Przez cały dzień nic nie jadłam. Nie miałam ochoty, a nawet gdybym tylko chciała, nie przełknęłabym nawet kęsa. Jedzenie prawdopodobnie utknęłoby mi w gardle, a ja nie byłabym w stanie go przełknąć. Może to dziwne, ale nie odczuwałam głodu.
Na piętrze panowała cisza jak w grobowcu. Wszyscy poszli na kolację. Na pewno nikt nie zauważył mojej nieobecności, a tym bardziej Mia, która od naszej próby ucieczki, wciąż mnie nie rozpoznawała.
To bolało.
Na samą myśl, że moja własna siostra uważała mnie za zupełnie obcą osobę, ściskało mnie w sercu, a oczy zaczynały piec. Za każdym razem miałam ochotę wybuchnąć płaczem, ale brakowało mi łez. Mogłam rozpaczać nad sobą, ale czy to by coś dało?
Ukryłam twarz w dłoniach, by schować na niej malujący się ból. Przed oczami od razu stanął mi obraz Mii. Patrzyła na mnie swoimi czekoladowymi oczami, wyrażającymi zaniepokojenie i... strach. Tak, ona się mnie bała. Ilekroć obok niej przechodziłam, posyłała mi podejrzliwe spojrzenie, cofając się przy tym jak najdalej ode mnie, jakbym zaraz miała wyciągnąć ręce i porwać ją w swoje objęcia.
Skrzywiłam się na twarzy. Położyłam się na brzuchu i zaczęłam okładać pięściami miękkie łóżko. Uderzałam w nie z całej siły. Chciałam wyładować złość. W końcu zacisnęłam szczękę, powstrzymując szloch, i znieruchomiałam. Wzrok utkwiłam w jasnozieloną ścianę. Kolor ten ponoć uspakajał. W tamtym momencie miałam nadzieję, że to prawda.
Nie miałam pojęcia, ile tak leżałam. Zapewne trwałoby to, dopóki nie poszłabym się myć, a następnie spać — jednak ostatnimi czasy sen przychodził upornie, więc przez co najmniej godzinę wierciłabym się, nim bym zasnęła — lecz w pewnym momencie zrobiło się strasznie ciemno. Zmarszczyłam czoło. Położyłam się na plecy, by zerknąć na uchylone drzwi. Na korytarzu również panowała ciemność. Podniosłam się do pozycji siedzącej i podejrzliwie rozejrzałam się dookoła. Węszyłam jakiś podstęp. Powoli wstałam z łóżka i w równie ślamazarnym tempie podeszłam do drzwi. Zamrugałam, by mój wzrok przyzwyczaił się do panujących ciemności, jednak to nic nie dało, gdyż i tak nie widziałam dosłownie nic. Nawet gdy wyciągnęłam przed siebie dłoń, centralnie na równi z oczami i blisko, nie widziałam jej. Moje serce  przyspieszyło, a oddech stał się szybszy.
Nagle usłyszałam dochodzący zza mnie dźwięk. Podskoczyłam, plecami przylegając do ściany. Zmrużyłam oczy, by coś dostrzec, ale to nic nie dało. Wmawiałam sobie, że coś musiałam sobie ubzdurać (To chyba przez to przebywanie w samotności...), ale ni stąd ni zowąd poczułam ogarniające moje ciało chłodne powietrze.
Okno zostało otwarte.
Dopiero gdy zaczęłam się dusić, zdałam sobie sprawę, że przestałam oddychać. Wzięłam haust powietrza. Spróbowałam wyrównać oddech, ale przez zdenerwowanie stało się to niemożliwe. Wytarłam w spodnie spocone dłonie, jeszcze bardziej przylegając do ściany. Zamknęłam oczy, w duchu modląc się, żeby to wszystko okazało się tylko snem.
W momencie, kiedy miałam zapytać, czy czasem ktoś nie znajduje się w środku, ktoś zakrył mi dłonią usta i przyciągnął do siebie, przez co plecami uderzyłam o klatkę piersiową mężczyzny — kobieta na pewno to nie była. Wytrzeszczyłam oczy. Sparaliżowana strachem byłam w stanie jedynie napiąć wszystkie mięśnie.
— Cii.
Wzdrygnęłam się, kiedy na policzku poczułam ciepły oddech. Z trudem przełknęłam ślinę.
A jeśli był to Peter?
Zaczęłam się wyrywać, jednak ten ktoś przycisnął mnie do siebie jeszcze bardziej. Zazgrzytałam zębami.
Musiałam się uwolnić.
Musiałam znaleźć Mię.
Musiałam się stamtąd wydostać.
Póki jeszcze był czas...
— Przestań! — skarcił mnie cicho, gdy kipnęłam go w kostkę.
Na dźwięk znanego głosu od razu znieruchomiałam. Do oczu napłynęły mi łzy, a moje serce ogarnęła radość.
Kiedyś oddałabym wszystko, by go usłyszeć choćby przez sekundę. Tuż koło siebie, żeby był taki... prawdziwy. Ukradłabym nawet księżyc... No dobra. Próbowałabym, bo to raczej niemożliwe. Jednak w tamtym momencie w ciągu ostatnich kilku dni, ta rzecz była najpiękniejszą, jaka mnie spotkała.
— To ty? — wyszeptałam, gdy zabrałam z ust dłoń chłopaka.
— A któż by inny? — zapytał lekko rozbawiony.
W mgnieniu oka odwróciłam się i rzuciłam Tylerowi na szyję. Nie potrafiłam stwierdzić, w którym momencie z oczu popłynęły mi łzy. Zacisnęłam mocno powieki. Nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę. Że on był prawdziwy! Czułam jego ciało w zetknięciu z moim, ale bałam się, że jak otworzę oczy, on zniknie i pozostanę z niczym, dlatego zacisnęłam powieki jeszcze mocniej. Tak na wszelki wypadek.
Chłopak zaskoczony moim nagłym wybuchem, cofnął się do tyłu, pociągając mnie za sobą, by utrzymać równowagę. Przez dosłownie sekundę stał nieruchomo, po czym jednak odwzajemnił uścisk i zaczął gładzić mnie po rozpuszczonych, splątanych włosach.
Schowałam twarz w jego ramieniu i wzmocniłam uścisk. Nie przejmowałam się tym, że przeze mnie ma mokrą od łez koszulkę. Mu chyba to nie przeszkadzało, skoro nie zareagował.
— Mówił, że nie żyjesz — powiedziałam łamiącym się głosem, ale przez to, że twarz wciąż miałam ukrytą w ramieniu chłopaka, słabo było mnie słychać.
Poczułam, jak jego mięśnie się napinają
— Uwierzyłaś mu?
— No... — jąkałam się. — Nie do końca... Nie miałam jak zadzwonić. Nawet nie mogłam wyjść, a ty nie dawałeś żadnego znaku życia...
Tylko się uspokoiłam, a znowu zaczęłam płakać.
Kiedyś to nigdy nie pozwoliłabym na to, by rozkleić się w towarzystwie Tylera. Teraz było mi wszystko jedno. Przez ostatnie dni najwyraźniej zmiękłam.
Miałam wrażenie, że chłopak uśmiechał się pod nosem, jednak przez panujące ciemności nie byłam w stanie tego dostrzec.
Nagle gwałtownie odsunęłam się od niego, gdy dotarło do mnie, że znalazłam się zdecydowanie zbyt blisko niego. Chrząknęłam. Poczułam się spieszona i cieszyłam się, że było ciemno, bo moja twarz zapewne była czerwona.
— A tak w ogóle to dlaczego tutaj przyszedłeś? — zapytałam, wycierając wierzchem dłoni mokre policzki.
— Zabieram cię stąd — powiedział stanowczo.
Podniosłam jedną brew.
Miał mnie stąd zabrać, co znaczyło, że zostanę uwolniona od psychola, który był moim wychowawcą...
Twarz momentalnie mi rozjaśniała.
— Mamy mało czasu — powiedział.
Poczułam, jak bierze mnie za rękę, a następnie ciągnie, prawdopodobnie, w stronę okna.
— Czekaj, czekaj! — powiedziałam, gdy niemalże doszliśmy na miejsce. — Nie zostawię tutaj Mii.
Usłyszałam westchnienie. Wyrwałam dłoń z jego uścisku, po czym założyłam ręce na piersi.
— Ten psychol może jej coś zrobić. Muszę ją stąd zabrać.
Na moment zapanowała cisza, która wydawała ciągnąć się w nieskończoność. W duchu modliłam się, żeby odpowiedź zabrzmiała twierdząco, jednak w głębi mnie coś krzyczało, że zabrzmi jednak przecząco. Jakaś cząstka mnie rwała się do siostry. Nie mogłam jej zostawić. Nawet wtedy, gdy mnie nie poznawała. Zdecydowałabym się nawet na porwanie, byleby moja siostra znalazła się jak najdalej od tamtego drania.
Zagryzłam dolną wargę. Dzięki temu, że stałam przy oknie, dostrzegłam, że Tyler przejeżdża dłonią po swojej twarzy.
— Zostań tu i nigdzie się stąd nie ruszaj, okej? — zażądał, kładąc dłonie na moich ramionach.
Zawahałam się z odpowiedzią. Przełknęłam ślinę i nerwowo przystanęłam z nogi na nogę. Nie mogłam mu tego obiecać. Nie w tamtym momencie. Gdyby chodziło o kogoś innego, to może bym posłuchała, ale to była Mia...
— Idę z tobą. — Wysiliłam się na najbardziej poważny ton, na jaki było mnie stać.
— Carmen...
— Proszę — przerwałam mu i złapałam za jego dłoń, wciąż spoczywającą na moim ramieniu.
Usta chłopaka zostały zaciśnięte w prostą linkę. Nie wiedzieć czemu byłam niemalże w stu procentach pewna, że nie pozwoli mi ze sobą iść. Serce waliło mi jak oszalałe, choć tylko stałam w miejscu i wyczekująco wpatrywałam się w słabo widoczną twarz Tylera.
Nie chciałam stać bezczynnie i czekać na powrót chłopaka. Też chciałam zrobić coś pożytecznego. Tak w ogóle to Tyler mógł nawet stracić życie. Wciąż przed oczami widziałam, jak Peter z dziecięcą łatwością skręcił kark Luke'owi...
Luke. Chłopak, który szybko zdobył moją sympatię. Chłopak, który stał się moim przyjacielem. Chłopak, który przeze mnie stracił życie... Bardzo mi go brakowało. Gdybym tylko mogła, cofnęłabym czas. Najchętniej to do momentu, w którym go poznałam. Dlaczego? Bo nie pozwoliłabym, by mnie podwiózł i by żył. Odebrałam mu najcenniejszy dar. Zrobił dla mnie tyle, a ja nic w zamian... Chciało mi się płakać, ale to nie przywróciłoby mu życia.
Momentalnie zadrżałam. Nie mogłam pozwolić, żeby coś podobnego spotkało Tylera. Tym razem nikt nie miał prawa zginąć z mojej winy.
— Trzymaj się mnie.
Mimowolnie uśmiechnęłam, szepcząc ciche „dziękuję”.
Chłopak wziął mnie za rękę, jakby się bał, że w pewnym momencie go zgubię. Nie miałam nic przeciwko temu, ponieważ im wchodziliśmy głębiej w korytarz, tym robiło się coraz ciemniej. Gdyby Tyler nie trzymał mnie za rękę, nie wiedziałabym, gdzie jest. W myślach zastanawiałam się, skąd wiedział, dokąd idzie. „Może już kiedyś tutaj był?” — przemknęło mi przez myśl.
Wpadło mi do głowy, że Tyler już kiedyś mógł być w domu dziecka. W tym samym, co znajdowałam się ja. To mogło wyjaśniać, skąd znał budynek — właśnie szliśmy przez schody, których na dobrą sprawę ja nie mogłam znaleźć, choć przebiegałam przez nie tysiące razy, a on wiedział, gdzie się znajdują. Ta myśl jednak wydawała się mało przekonująca. Chłopak miał rodziców. W grę mogła wchodzić adopcja, jednak Tyler był podobny do swoich opiekunów... A może kiedyś pracował w domu dziecka? Z drugiej strony opieka nad dziećmi nie pasowała mi do niego.
Niespodziewanie obok siebie poczułam silny podmuch wiatru. Cała zesztywniałam, a nogi nagle odmówiły mi posłuszeństwa. Tyler tak jak ja zatrzymał się. Byłam zdenerwowana, a Tyler, jak podejrzewałam, był czujny. Rozglądałam się dookoła, ale w ciemnościach nie byłam w stanie nic wypatrzeć. Czułam, jak na czole pojawiają mi się pojedyncze krople potu. Ze świstem nabrałam powierza.
— No proszę, proszę. Kogo my tu mamy?
Nagle straciłam cały zapas powietrza w płucach. To był Peter. Tyler chyba wyczuł mój strach, ponieważ zasłonił mnie swoim ciałem, bądź po prostu zrobił to dla bezpieczeństwa. Tak naprawdę to nie wiedziałam za bardzo skąd dochodził głos, ale doskonale zdawałam sobie sprawę, że Peter jest blisko. Przełknęłam ślinę i przyległym ciałem do ściany.
— Przyznaję, że nie sądziłem, że tutaj przyjdziesz — ciągnął Peter.
Wyjrzałam przez ramię Tylera — musiałam stanąć na palcach — i w bladym świetle dostającym się przez okno, ujrzałam wychowawcę.
Ledwo widziałam jego rysy twarzy, a w tym zarys zaciśniętej szczęki. Już wcześniej domyśliłam się, że jest zdenerwowany, a zdenerwowany Peter, musiało równać się coś bardzo złego.
— Trudno mi uwierzyć, że tak bez powodu przyszedłeś na ratunek tej dziewczynie — powiedział drwiąco. — Czyżby coś dla ciebie znaczyła, Tylerze?
Zdziwiłam się, że Peter znał jego imię. Dobrze myślałam, że musieli się skądś znać. Tylko skąd? Co takiego obaj zrobili, że darzyli siebie czystą nienawiścią? Miałam tyle pytań, na które odpowiedź zapewne nie zostałaby udzielona.
— Usuń się nam z drogi, a nic ci nie zrobię — powiedział spokojnie Tyler.
Po korytarzu rozniósł się głośny śmiech Petera. Zacisnęłam mocno dłonie w pięści. To nie zwiastowało nic dobrego.
— Myślisz, że pozwolę ci ją zabrać? Jest zbyt cenna.
Zmarszczyłam czoło. Co miał na myśli mówiąc, że jestem zbyt cenna? Miałam ochotę uciec jak najdalej. Pewnie zrobiłabym to, gdyby nie Tyler. Nie chciałam zostawiać go sam na sam z Peterem. To było zbyt niebezpieczne. Poza tym gdybym tak zrobiła, postąpiłabym samolubnie. Uratowałabym swój tyłek, podczas gdy Tyler prawdopodobnie usiłowałby powstrzymać Petera przed dorwaniem mnie, ryzykując swoim własnym życiem. Nie chciałam do tego dopuścić.
— Masz ostatnią szansę. Odsuń się — powiedział przez zaciśnięte zęby Tyler.
Usta Petera wykrzywiły się w uśmiechu.
— Na pewno chcesz wracać z tym potworem? — Peter zwrócił się do mnie.
Podniosłam pytająco jedną brew.
— Zamknij się — warknął Tyler.
Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze bardziej, tyle że tym razem z pogardą.
— On nie jest święty. Idąc z nim wystawiasz się na niebezpieczeństwo. On może cię...
— Stul pysk! — przerwał mu Tyler.
— ...zabić — dokończył.
Jego słowa faktycznie przeraziły mnie, ale wzięłam je za kłamstwo. Nie wierzyłam Peterowi. Już nie. A Tyler co niby mógłby mi zrobić? Może i nie darzyłam go sympatią... od bardzo dawna i to ze wzajemnością, ale to jeszcze nie znaczyło, że chłopak mógłby mi zrobić jakąś krzywdę. Wprawdzie dosyć często mi dogryzał, ale nie zrobiłby czegoś takiego. A gdyby chciał mojej śmierci, nie wyciągałby mnie z domu dziecka.
Niespodziewanie Tyler rzucił się na Petera w momencie, kiedy przyszedł prąd i korytarz rozjaśniło oślepiające światło. Oczy momentalnie mi załzawiły. Wszystko działo się tak szybko. Oparłam się o ścianę, po czym dłońmi wytarłam załzawione oczy. Dopiero wtedy, wciąż mrugając oczami, by przyzwyczaić się do światła, popatrzyłam na Tylera walczącego z Peterem.
Głośno zaczerpnęłam powietrza. Wychowawca poruszał się w zadziwiająco szybkim tempie, jednak to nie przeszkadzało Tylerowi, który mimo iż obrywał częściej, nadal dzielnie się trzymał. Krzyknęłam, kiedy Peter uderzył Tylera pięścią w twarz. Chciałam do niego podbiec, ale wtedy napotkałam jego spojrzenie mówiące: „Nawet o tym nie myśl”. Z trudem powstrzymałam się, by nie ruszyć się z miejsca. Obserwowałam, jak Tyler powala Petera na ziemię i zaczyna okładać go pięściami. Zamknęłam oczy. Słyszałam tylko jęki bólu, syki... a w pewnym momencie moich uszu doszedł odgłos łamiącej się kości. Od razu otworzyłam szeroko oczy. Przede mną stał tylko Tyler. Po Peterze nie było śladu.
— Co się stało? Gdzie on jest? — wyszeptałam drżącym głosem, uważnie rozglądając się dookoła.
Poczułam na lewym nadgarstku pieczenie. Zaskoczona syknęłam i spojrzałam na ranę, z której sączyła się krew. Zdumiona otworzyłam oczy jeszcze szerzej. Skąd tak nagle wzięła się u mnie szarpana rana? W tym samym momencie Tyler głośno zaklął. Starając się ignorować ból, spojrzałam na kolegę, który właśnie upadł na podłogę, a na ścianie nad nim znajdowało się duże wgłębienie. Czyżby było to po nim? Ale powinien być już nieprzytomny, a on jak gdyby nigdy nic wstał. Nawet się nie zachwiał!
„Uciekaj” — wyczytałam z ust Tylera.
— Ale Mia... — wyszeptałam.
— Zajmę się tym — powiedział tym razem na głos, dając w szczękę Peterowi, przez co ten pod siłą uderzenia upadł.
Podbiegł do mnie.
— Biegnij do mnie do domu. — Wręczył mi telefon.
— Ale...
Nie dokończyłam, ponieważ Peter złapał Tylera za gardło. Ruszyłam w jego kierunku, by mu pomóc, jednak w ułamku sekundy wychowawca wyrzucił chłopaka przez okno. Dosłownie. Dźwięk tłuczonej szyby dźwięczał mi w uszach i mieszał się z moim krzykiem.
To nie działo się naprawdę.
„Tyler!” — chciałam krzyknąć, ale głos ugrzązł mi w gardle.
Zerwałam się do biegu, by wyjrzeć przez okno, lecz nim to zrobiłam, dostałam czymś w policzek. Jak później okazało się, była to pięść Petera. Przez jego siłę uderzenia od razu upadłam na podłogę i złapałam się za obolałe miejsce. Nie potrafiłam stwierdzić, czy bardziej bolał mnie policzek, czy nadgarstek — wciąż nie wiedziałam, skąd była ta rana.
Przerażona spojrzałam w krwistoczerwone tęczówki Petera. Po plecach przeszły mnie ciarki. Oddychałam ciężko, a serce waliło mi tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz wyskoczy mi z piersi.
— Uciekaj!
Tyler?! Niepewnie wyjrzałam zza Petera. Tak, to był Tyler. Właśnie wdrapywał się przez okno do środka.
Jak to możliwe? Przecież wypadł przez okno! Z pierwszego piętra! Nie powinien stać przede mną, jakby nic mu się nie stało. Normalny człowiek zostałby na dole, niezdatny do poszukania się. Prawdopodobnie już by nie żył. Za oknem raczej nie było niczego, za co mógłby się złapać i uchronić przed upadkiem. To było nadzwyczaj szokujące.
Jednak serce zamarło mi, gdy dokładniej się jemu przyjrzałam.
Chłopak miał twarz posiniaczoną, a z rany nad brwią sączyła się dróżka krwi. Miał ręce w szkarłatnej cieczy oraz lewe ramię, którym zderzył się z szybą, w wyniku czego ta stłukła się. Nie mogłam oderwać szeroko otwartych oczu od jego zakrwawionego ubrania, po którym znajdowały się rany — nie chciałam wiedzieć, ile ich było.
To wszystko była moja wina.
— Jeszcze się spotkamy — powiedział Peter.
Zabrzmiało to tak pewnie, że zaczęłam się bać, iż spełni swoją groźbę. Nie wyglądał na takiego, co by żartował, a tym bardziej w takiej sytuacji.
Odwrócił się na pięcie i pomknął w stronę Tylera. Chłopak zrobił zwinny unik przed ciosem Petera. Odetchnęłam z ulgą.
— Na co czekasz?! Uciekaj! — Złapał Petera za szyję i ścisnął ją. — Jemu chodzi o ciebie!
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale mi przerwał:
— Pójdę po nią, uciekaj! — krzyknął, przyjmując cios w brzuch.
Zacisnęłam szczękę, żeby nie krzyknąć. Po policzkach spływały mi łzy. Chciałam mu pomóc, choć nie wiedziałam jak, ale musiałam go posłuchać. Nie rozpraszałabym go. Z trudem podźwignęłam się na nogi. Spojrzałam ostatni raz na Tylera, po czym z bólem w sercu pomknęłam schodami na dół.
Nogi miałam jak z waty. W dodatku cała trzęsłam się wraz z dolnymi kończynami. Zbiegłam na sam dół, po czym pomknęłam do drzwi wejściowych. Korciło mnie, żeby pobiec po Mię, ale nie wiedziałam, gdzie się podziewa. Mogła nawet wciąż mnie nie pamiętać, a próbując ją zabrać, na pewno zaczęłaby krzyczeć. Nie mogłam zwrócić na siebie uwagi.
Dopadłam drzwi, ale te nie chciały się otworzyć. Zazgrzytałam zębami. Ilekroć szarpałam za klamkę, drzwi ani drgnęły. Wzięłam głęboki wdech. Może nie chciały się otworzyć, ponieważ za bardzo za nie szarpałam? Nacisnęłam powoli klamkę, jednak efekt był ten sam, co poprzednio. Drzwi były zamknięte.
Rozpaczliwie rozejrzałam się dookoła. Musiałam coś zrobić, póki nikogo nie było w pobliżu.
Okno! To było to!
Podbiegłam do najbliższego, zataczając się po ścianie, ponieważ zakręciło mi się w głowie. Ciężko dysząc otworzyłam je na oścież, wdychając świeże powietrze. Wdrapałam się na parapet w momencie, kiedy chwyciły mnie czyjeś ręce, zmuszając, bym zeszła.
— Dokąd to? — odezwał się kobiecy głos.
Odwróciłam się w stronę kobiety w podeszłym wieku. Mój wzrok skupiał się jedynie na jej zielonych tęczówkach, w których wokół źrenic znajdowały się ciemnozielone obwódki. Przełknęłam ślinę.
— Muszę wyjść — powiedziałam, choć wcale nie wiedziałam czemu.
— Zapewniam cię, że nie musisz — odpowiedziała.
Zacisnęłam usta. Co miałam zrobić? Zerkałam to na okno, to na blondynkę. W końcu wzięłam głęboki wdech, a następnie jak gdyby nigdy nic, dałam kobiecie pięścią w twarz. Syknęłam, ponieważ ręka mnie zabolała, a zaskoczona kobieta upadła na podłogę.
— Przepraszam — powiedziałam, posyłając jej przelotne współczujące spojrzenie i ponownie wskoczyłam na parapet, po czym wyskoczyłam na zewnątrz, znikając w mroku.
Sięgnęło mnie poczucie winy. Nie chciałam uderzyć tamtej pani, ale to było jedyne wyjście, jakie przyszło mi na myśl. Kobieta nigdy w życiu nie wypuściłaby mnie. Nie ważne, jak bardzo bym prosiła.
Biegłam ile sił w nogach. Nim znalazłam się przy bramie, zdążyłam trzy razy upaść. Ciężko dyszałam, a w dodatku zaczynało kręcić mi się w głowie. Przy furtce zatrzymałam się, by przez chwilkę odsapnąć. Trwało to zaledwie kilka sekund, ponieważ w oddali usłyszałam krzyki. Zerknęłam w stronę budynku, skąd wybiegło pięciu ludzi. Zacisnęłam szczękę.
Furtka, jak się spodziewałam, była zamknięta. Ślamazarnie wdrapałam się na bramę, mocno się jej trzymając, po czym zeskoczyłam tak, że upadłam na kolana. Skrzywiłam się na twarzy. Po chwili podniosłam się i puściłam pędem przed siebie. Za sobą słyszałam dźwięk otwieranej furtki, więc przyśpieszyłam jeszcze bardziej. Nie mogłam dopuścić do tego, by mnie dopadli.
Chciałam zwolnić i odsapnąć, jednak bałam się, że jak to zrobię, złapią mnie. Zerknęłam do tyłu. Byli coraz bliżej, a ja miałam coraz mniej siły. Z powodu utraty krwi byłam osłabiona. Przed oczami od czasu do czasu pojawiały mi się ciemne plamy. Nie wiedziałam, co się ze mną działo. Serce waliło tak mocno, jak nigdy wcześniej. „Nie dam rady!” — krzyknęłam w myślach. Jęknęłam. Z sykiem, przez zaciśnięte zęby, nabrałam do płuc powierza. Skręciłam w jakąś uliczkę. Nie miałam pojęcia, co to za miejsce, jednak w nim postanowiłam poszukać jakiejś kryjówki. Bingo! Chwilę później moim oczom ukazał się blok. „Żeby drzwi były otwarte, żeby były otwarte...” — myślałam. Złapałam za klamkę i... Były otwarte! Z uśmiechem weszłam do środka. Panowały takie ciemności, że ledwo cokolwiek widziałam. Ciężko dysząc przykucnęłam w kącie obok drzwi. Gdyby ktoś je teraz otworzył, zasłoniłyby mnie. I dobrze.
Nie słyszałam nic, prócz swojego oddechu. Oparłam głowę o ścianę. Rana na nadgarstku coraz bardziej dawała o sobie znać. Odruchowo złapałam ją i poczułam ciepłą ciecz. Skrzywiłam się. Nie miałam nic, czym mogłabym powstrzymać krwotok.
Poczekałam jeszcze kilka minut. Prawdopodobnie tyle, bo tak naprawdę to straciłam rachubę czasu. Dopiero wtedy odważyłam się wstać. Zachwiałam się, ale dzięki ścianie utrzymałam równowagę. Lekko uchyliłam drzwi, nasłuchując, czy czasem nie było kogoś w pobliżu. Czysto. Wyszłam z budynku. Od razu moje ciało owinęło chłodne powietrze. Zadrżałam. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że jest mi zimno. Miałam na sobie jedynie przewiewną koszulkę na ramiączkach oraz krótkie spodenki. W domu dziecka, wieczorami, było ciepło, czasami za bardzo, więc nie było mowy o zakładaniu ciepłych ubrań.
Dmuchnęłam, a mój oddech zamienił się w obłoczek. Zagryzłam suchą wargę. Im szybciej znajdę się u rodziców Tylera, tym szybciej zrobi mi się cieplej. Ruszyłam. Gdy tylko zrobiłam pierwszy krok, pociemniało mi przed oczami. Mimo to nie zatrzymałam się, tylko szłam dalej. Gdy odzyskałam ostrość wzroku, zaczęłam biec. Może robiłam źle, ale było mi tak cholernie zimno...
Wybiegłam z uliczki, po czym skręciłam w lewo. Próbowałam przypomnieć sobie drogę, która prowadziła do domu Tylera. Miałam trudności ze skupieniem się. Przy kolejnej uliczne nie wiedziałam, czy mam tam iść, czy też nie. W końcu postanowiłam iść dalej. Miałam wrażenie, że się zgubiłam...
Przy jednym z drzew zatrzymałam się. Oparłam się o nie, powstrzymując odruch wymiotny. Skrzywiłam się na twarzy. Mogłam usiąść, lecz obawiałam się, że jak to zrobię, już nie wstanę. Byłam skrajnie wykończona. Doskonale słyszałam bicie swojego serca. To pozwalało mi się uspokoić.
Nagle na myśl przyszedł mi Tyler. Jak sobie radził? Wciąż walczył z Peterem, a może go pokonał? Może zdążył uciec? A jeśli ten go... Jeśli Peter zrobił mu krzywdę? Ostatnia myśl sprawiała, że ogarniało mnie poczucie winy. Gdyby nie ja, nie byłoby tej całej sytuacji. Dlaczego Tyler mnie uratował? Powinnam była cieszyć się, że w końcu jestem wolna, ale póki nie widziałam chłopaka żywego, nie mogłam być szczęśliwa.
— Carmen Morgan?
Podskoczyłam. Mój wzrok powędrował na twarz stojącego przede mną wysokiego mężczyzny o dość masywnej budowie. Miał na oko czterdzieści lat. Jego niebieskie oczy, wokół których pojawiały się pojedyncze zmarszczki, wpatrywały się we mnie intensywnie, lecz ładnie kontrastowały się z czarnymi włosami. Usta miał zaciśnięte w prostą linię. Jego ostre rysy powodowały, że z twarzy wyglądał na poważnego i groźnego, choć tak naprawdę taki nie był. Skąd wiedziałam? Znałam go. Był to jeden z opiekunów w domu dziecka.
— Nie — powiedziałam pewnym głosem.
Podejrzewałam, że mi nie uwierzy. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu i w momencie, gdy wyciągnął ku mnie ręce, uciekłam. Złapał pustkę. Zakręciło mi się w głowie, znowu, więc zatoczyłam się jak pijana. Przeklęłam w myślach, bo to mnie tylko spowolniło. Po zrobieniu kilku kolejnych kroków mężczyzna chwycił mnie w pasie. Moje nogi oderwały się od ziemi. Nim zdążyłam wydobyć z siebie chociażby jedno piśnięcie, zakrył mi dłonią usta. Wierciłam się, wyrywałam, ale mężczyzna miał stalowy uścisk, z którego nie sposób było uciec. Zacisnęłam szczękę tak mocno, że aż mnie rozbolała. Uspokoiłam się.
Ale nie na długo.
Po przejściu kilku metrów, podniosłam nogi najwyżej, jak tylko mogłam, po czym z całej siły kopnęłam mężczyznę poniżej pasa. Uścisk od razu zelżał, a on sam z bólu zgiął się w pół. Korzystając z okazji wyrwałam się i zaczęłam uciekać w przeciwnym kierunku, niż szliśmy. Szybko jednak runęłam na ziemię, zdzierając sobie dłonie wraz z kolanami, gdyż mężczyzna złapał mnie za kostkę. Kopnęłam go drugą nogą i gdy tylko mnie puścił, wstałam i pobiegłam dalej. W bieg włożyłam całą swoją siłę. Nie zerknęłam za siebie w obawie, że to mogłoby mnie spowolnić. Wprawdzie to wolałam nie wiedzieć, czy mężczyzna mnie goni, czy też nie.
Widząc uliczkę, którą rozpoznałam, uśmiechnęłam się szeroko. Skręcając w nią, z ciekawości, której nie mogłam powstrzymać, zerknęłam za siebie. Niedaleko biegły w moim kierunku dwie osoby. Zbladłam. Szybko zniknęłam im z oczu, wbiegając w spokojną, lecz w nocy mroczną ulicę. Im znajdowałam się głębiej niej, tym robiło się coraz ciemniej. Miałam tylko nadzieję, że rozpoznam dom Tylera. Co jakiś czas oglądałam się za siebie, by sprawdzić, jak bardzo są goniące mnie osoby. „Cholera!” — pomyślałam w pewnym momencie, gdy okazało się, że między mną, a najbliżej znajdującym się mężczyzną, jest zaledwie ponad dziesięć metrów różnicy.
Moim oczom ukazał się dom Tylera. Momentalnie przyśpieszyłam. Jego widok dodał mi sił. Dopadłam drzwi, a że były zamknięte, zaczęłam w nie walić. Kręciło mi się w głowie, a przed oczami znowu zobaczyłam ciemne plamy. Syknęłam, kiedy przez kolejne uderzenie drzwi zapiekła mnie rana. Opadałam z sił, dlatego też opierałam się o drzwi, wciąż nie przestając z nie walić.
Na czole miałam krople potu, które spływały po mojej twarzy. Do policzków przyklejały mi się pojedyncze kosmyki włosów. Miałam wrażenie, że wpadłam do wody i zaraz z niej wyszłam, ponieważ ubranie przylegało do mojego ciała.
Gdy mężczyźni znaleźli się bliżej, chciałam uderzyć jeszcze mocniej, ale zabrakło mi sił. „A jeśli nikogo nie ma? — pomyślałam. — To wszystko pójdzie na nic...”
Wraz w otwarciem drzwi, poleciałam do przodu, ponieważ wciąż byłam o nie oparta. Czyjeś ręce mnie złapały, ale przez mroczki przed oczami nie potrafiłam zidentyfikować twarzy. Wciągnięto mnie do środka, a tuż za sobą usłyszałam jęk bólu. Ktoś kogoś uderzył? Chwilę później drzwi z głośnym trzaskiem zostały zamknięte.
— Już dobrze. — Tuż przy moim uchu odezwał się melodyjny, kobiecy głos.
Musiałam wierzyć, że tak było.


Hejo kochani! :3
Rozdział pojawił się trochę później, niż miałam w planach. Wybaczcie. Mam nadzieję, że jego długością Wam to zrekompensowałam :)
Jak wrażenia? Carmen udało się uciec! *oklaski* Hehe. Czy tylko ja szczerzę się, gdy czytam scenkę, w której to Carmen przytula Tylera? Uwielbiam ją, choć podejrzewam, że mogłam napisać ją lepiej ♥ A tak w ogóle to jak zareagowaliście na pojawienie się Tylera? :D
Tyler vs Peter. Kto według Was wygrał? Sądzicie, że Tyler z tego wyjdzie cało? Czy istnieje szansa, że w końcu z Marą♥ postanowiłam go zabić? xD
Cóż... Peter powiedział, że Carmen jest cenna (ktoś w ogóle zwrócił na to uwagę? xD)... Wprawdzie raczej nie powinniście wiedzieć, o co w tym chodzi, ale może ktoś coś... Jednak to wyjaśniłoby się dopiero za jakiś czas.
Hm. Mogłam zrobić tak, że Carmen poza budynkiem domu dziecka bez trudu uda się uciec, no ale chciałam jej trochę pokomplikować sprawę... Tak jakoś...
Jeśli znaleźliście jakieś błędy, to prosiłabym o skopiowanie zdania :))
No cóż. Na dziś to tyle. Mam nadzieję, że się Wam podobało. Pozdrawiam cieplutko! xoxo ;*

Maggie